Rozdział 14 |Arc4
Rozdział 14
ŻĄDANIE! KARMA!
Dante radzi: nie zamartwiaj się.
Dwukrotnie.
Nad tym samym szajsem.
Życie nam niemiłe.
Ha. Ha.
Faktycznie zahaczyli o drive-thru. Było przyjemnie i milutko, wszystko zapowiadało się dobrze. Jedynie sposób, w jaki patrzyła na nich babcia kilka stolików dalej wydawał się zawikłany i pokrętny. Tak nie patrzyły normalne babcie. Co najwyżej mojry albo mohery.
Tylko że to była taka typowa, niegroźna kościelna babcia. W obrzydliwym, pudrowo różowym filcowym płaszczu.
Juni odetchnął z ulgą, gdy tylko znaleźli się w samochodzie. Jechali zatłoczoną autostradą. Przez wszechobecny spokój Juni czuł się wyjątkowo dziwnie. Wydarzenia z ostatnich dni, tygodnia (nieważne!) mocno odcisnęły na nim swój ślad. Nie mógł usiedzieć w miejscu. Ciągle się wiercił i zerkał za okno, jakby z lasu albo innego samochodu miałby wyskoczyć ghul albo kolejny jikininki. Zniósłby nawet ekshibicjonistę, byle tylko wyrwać się z ciągnącej się w nieskończoność ciszy.
Jasnoszary odcień nieba zaczynał już przyprawiać chłopca o mdłości. Było mgliście, mokro i wietrznie. Jak już ma padać, to niech pizgnie po całości. Chcę wrażeń! - jak to powtarzała jego kuzynka.
Od kilku dni czuł też pewien dyskomfort, o którym nie raczył nawet poinformować Ryuu i czytelników. Dziwne mrowienie w dłoniach, migające lampy i latarnie, ognik w kieszeni. W ich środowisku coś takiego nazywano PWTP, tj. Pokłady Energii Wyzwolone Traumatycznym Przeżyciem. Uznaje się też GASP, Gwałtowne i Anormalne Spowodowanie Przypływu.
Miał nadzieję, że Ryuu też to czuła.
— To taki upgrade — tłumaczyła im Natka, dziewczyna dwie klasy wyżej. Poklepała się po gipsie i uśmiechnęła się chytrze. — Nikt nie wie kiedy i jak. Takie bum! Tajemnica. To po prostu się dzieje. Dostajesz kopa.
Patrzyli się z zachwytem jak między jej rękami rosły powoli bluszcz i ogromna paproć.
Takie wypadki zdarzały się często. Nie powiększały zdolności, a jedynie wydobywały czyiś potencjał siłą na zewnątrz. Czasami ich prawdziwe ja. To od człowieka zależało, na co wykorzystał swoją moc. Pod wpływem emocji ludzie robią różne rzeczy.
Był całkowicie pewien, że wszystkie samochody, koło których przejeżdżali, rozbłyskiwały rażącą żółcią i oślepiającym pomarańczem na ułamek sekundy. Wiesz, Juni, to się dość często zdarza. Nie wpatruj się tyle w światło lampy, to niezdrowe!
Tylko czemu nie można tą energią naładować tym telefonu? - zapytał sam siebie z goryczą.
— Nie zamartwiaj się. To normalne w twoim wieku. Hormony i emocje... wiesz, mój kolega raz podpalił mi połowę salonu. Drobne przypadki, kiedyś nad tym zapanujesz. — oznajmił Dante. — Tak, to jest widoczne.
Chłopiec westchnął ciężko, prawdopodobnie już setny raz.
— Ile jeszcze? — spytał i zepchnął z kolan mopsy, które leżały na nim odkąd wszedł do auta.
— Troszkę, ale filmu to już chyba sobie nie obejrzę... — odparł ponuro. — Jak tam waza?
— Cała.
— Świetnie! Właściwie, to nie mam zielonego pojęcia, czemu akurat miałem zabrać wazę. Klienci często nie są do końca szczerzy. Owijają w bawełnę i mam później mnóstwo roboty.
— Rozumiem. Dość ciekawy sposób na dorabianie sobie. Powiesz coś więcej? — Juni spojrzał z nadzieją na Dante.
— Nie.
Rozmowa nie się nie kleiła, a Juni miał ochotę się rozpłynąć i już nigdy nie powrócić w ciało stałe. Prawą ręką nerwowo bębnił o siedzenie.
— Wspominałeś niedawno, że masz kuzynkę — mruknął Dante, zerkając na niego kątem oka. Wyglądał na szczerze zaciekawionego, ale o sobie nic nie chciał mówić. Szynka po angielsku.
— No, mam. Ryuu się nazywa. To właśnie z nią na początku jechałem. Tylko że coś się skiepściło, no i jakoś tak... się rozstaliśmy. Wszystko jest okej, tylko trudno złapać kontakt. — jęknął i pokręcił głową. — Martwię się o nią. Wygląda na to, że dotrzemy do Rhein oddzielnie.
Jedyną rzeczą, którą mu wysłała, był wyjątkowo nietreściwy sms przedstawiający emotkę stopy, łóżka i krótkie zdanie "kilka dni, spóźnię się" i link do piosenki Don't Worry Be Happy, co już wystarczyło, by łzy bezsilności i irytacji pociekły mu po twarzy. Obłąkana siksa.
Ale nadal ukochana kuzynka.
— Możesz zatrzymać się u mnie, no wiesz, zero stresu, jak nie masz się gdzie podziać.
— Obecnie czuję się tak ździebko przerażony, ale przyjmuję ofertę! — stwierdził Juni, kiwając ochoczo głową. — Się zobaczy, zresztą, prędzej czy później, muszę opierdzielić kuzynkę.
— Dobra postawa.
— A dziękuję.
Dyskusję przerwał ryk silnika motocyklu. Wyjątkowo głośny i nieprzyjemny, nawet jak się siedziało w środku auta.
Juni zauważył, że autostrada nagle opustoszała. Tylko dwa czarne SUV-y, oni i dwa motocykle. Lampa nad jego głową migała rażącym światłem. Juni miał spore Deja vu. Wcale nie miał ochoty przechodzić kolejnej traumy albo brać udziału w idiotycznym wyścigu na śmierć i życie. To nie Szybcy i wściekli!
Samochody jechały tuż za nimi, a motocykle nagle przyspieszyły i już po chwili zrównały się z autem Dante. Juni ze zdumieniem stwierdził, że student nie czuje się ani trochę zestresowany. Może udawał?
Mężczyzna uchylił szybę i zerknął ukradkiem na persony. Jeden z motocyklistów podjechał tak blisko jak mógł i zasalutował, na co Dante odpowiedział lekkim skinięciem głowy i pokazaniem trzech palców. Motocyklista odkiwnął, wyprzedził go, by dołączyć do swojego partnera i już po chwili zniknął gdzieś dalej. Juni przełknął ślinę i skupił się na swoich stopach. Serce waliło mu w piersi, mimo że nic groźnego raczej na niego nie czyhało. Przynajmniej nie w tej chwili.
Akurat, gdy zdążył się już rozluźnić, czarne auta przycisnęły ich z obu stron i wymusiły zwolnienie. Głowa dobermana wychyliła z SUV-a i zawarczała na nich groźnie. Juni z przerażeniem zauważył, że to nie był pies kierowcy, tylko sam kierowca. Wysoka i barczysta postać w drogim garniturze bez najmniejszego wgniecenia lub wystającej nitki. Ktoś ważny i wpływowy, ale z głową psa, co w wielu środowiskach uznawane było za duży minus.
— Nie szukam kłopotów — odparł szorstko Dante i machnął ręką. — Zet może być spokojny. Sio!
Doberman burknął i odjechał dalej.
Z powrotem zrobiło się tłoczno. W ułamku sekundy Juni usłyszał dźwięk klaksonu i typowy uliczny szum, zupełnie jakby ktoś nagle zmienił slajd albo on i Dante byli prostym obrazkiem png, który został dodany na tłoczne i kolorowe tło.
W oddali dostrzegł masę wieżowców i całkowicie przeszklonych budynków. Trochę bliżej i jeszcze dalej (to zdanie ma sens w pewnym głębszym sensie), za i przed drapaczami chmur, dało się ujrzeć kamienice i nieco starsze zabudowania. Piękne.
Dante uśmiechnął się i nieco rozluźnił ramiona, gdy przekroczyli umowną "bramę" miasta - ogromny spiżowy pomnik przedstawiający wysmukłą rękę rozczapierzającą palce w stronę nieba.
"Kiedyś była w niej książka, ale jakieś dupki ukradły", jak to dowiedział się od studenta.
— Witamy w Rhein, stej sejf, nie zabij się i zdobądź zniżkę do Strabucksa! — oświadczył Dante radośnie.
Juni poczuł lekkie dreszcze. Przylepił twarz do szyby i wpatrywał się wielkimi oczami w migające budynki i ludzi. Dlaczego ludzie unikali tej metropolii? Wszystko, co widział - budynki, drogi, ewentualnie odrobina natury - wydawało się takie nowoczesne i piękne. Przy Rhein, stolica wypadała dość sztucznie i ponuro. Oczywiście wiedział wcześniej, że Rhein jest jednym z większych i bardziej rozwiniętych miast, ale jego dzikość i częściowe uniezależnienie od innych części kraju odstraszała ludzi. Spisek biur wycieczkowych? Polityka?
Rhein ma wyjątkowo poplątaną strukturę, przypomniał sobie Juni. Zajmuje ogromny obszar i rozwidla się we wszystkie strony. Częściowo przytłacza. Myślisz, że jak pojedziesz sobie do jakiejś małej wioski albo miasteczka, to jesteś po prostu tam? Bzdura! Jesteś w Rhein, tylko w innej dzielnicy.
— Jesteśmy w tej bardziej zatłoczonej części miasta, Garby. Sąd, urzędy, ratusz, ambasady... Później kierunek na Złote Kruki, Krucze Oko, nie mogli się zdecydować na nazwę, część rozrywkowa. Sporo teatrów, kin i parków. Z kolei później mamy wybór — Rozdroże, kanał i jedna z dzielnic mieszkalno-handlowych. Polecam, jeśli chcesz sobie gdzieś wypłynąć albo skoczyć z mostu. Powinno zadowolić.
— A drugi wybór?
— Lisia Aleja, trudno zdefiniować, taka kocia ulica, dół. Mnóstwo nawiedzonych rzeczy, ewentualnie ludzi i problemów. Najprawdopodobniej ten wasz cały Ava Knox obecnie tam mieszka. Dość często zmienia lokację, nie mam pojęcia. Dobra, okej, zmieniam temat. W każdym razie, mieszkam niedaleko alei, na Blisku, konkretnie to na Serpencie, wiec wybierzemy tę drogę.
— Ładnie tu - uznał Juni i opuścił szybę. — Wiesz, tak sobie myślę, że wcale nie będzie tak źle.
— Nie wywołuj wilka z lasu — ostrzegł Dante. — Różnie można skończyć.
Juni spojrzał się na niego oburzony.
— Przepraszam?
Do Dante najwyraźniej dotarło, jak brzmiało to, co powiedział i szybko się zreflektował.
— Ach, sorry. Mówię z doświadczeń swoich i moich znajomych. Jedyne co musisz zrobić, to uważać i szybko uczyć się na błędach. Kto wie! Może jak się przyzwyczaisz, to zamieszkasz tutaj z kuzynką na stałe!
— Nie przeczę — przytaknął Juni, krzycząc z przerażenia w głębi duszy. — Właściwie, to byłoby nawet lepiej, gdybyśmy zostali tutaj. Oczywiście, tęskniłbym za znajomymi i tak dalej, mam mnóstwo miłych wspomnień. Ale od groma głupich również.
Student nic nie mówił. Chciał, by kontynuował?
— W sumie, to wydarzyło się też sporo nieprzyjemnych rzeczy, do których ani ja ani Ryuu nie chcemy wracać. Sprawa zamknięta, ale nadal chciałbym naprawić kilka spraw. — Juni mrugnął kilka razy, by powstrzymać łzy, które nagle zaczęły cisnąć mu się do oczu. Gula w gardle pozostała. — Przepraszam, trochę się stresuję.
Skręcili w jedną z węższych ulic. Juni przeleciał wzrokiem po sklepach spożywczych z podniszczonymi szyldami i supermarkecie, który i tak zabierał wszystkich klientów, kusząc przecenami i świątecznymi reklamami.
Dante zatrzymał się na jednym z miejsc parkingowych, odetchnął i odwrócił się do Juniego. Wręczył mu dwa batony z karmelem i paczkę chusteczek. Juni z wdzięcznością je przyjął. To było dość zawstydzające. Wywnętrzanie się obcemu człowiekowi i nagły przypływ emocji podczas rozmowy z nim podchodziło pod absolutne nie w jego przypadku.
Juni wytarł zaczerwieniony nos i odgryzł kawałek batona. Słodkie nadzienie wylądowało na jego brodzie i kawałku kołnierza.
— Wiem, że to nie do końca moja sprawa, ale jaki macie biznes do Avy? — zapytał powoli, patrząc się chłopcu w oczy. Chłopiec miał nadzieję, że intensywność spojrzenia nie miała nic wspólnego z jego brudną twarzą. Musiał wyglądać żałośnie.
— Znajomy rodziny, coś w ten deseń — wykrztusił, szybko wycierając kurtkę i usta.
— Widziałeś ty go w ogóle na oczy? — spytał student, marszcząc brwi. Oparł się o swój fotel i dojadł łapczywie kawałek hot-doga, którego wziął z sąsiedniego siedzenia. Juni skrzywił się. Cały materiał był ubrudzony keczupem i zaczynał dziwnie pachnieć.
— Nie, tylko zdjęcie. Opisałbyś go? Brzmisz trochę, jakbyś dobrze się z nim znał... — chłopiec oddał mu paczkę chusteczek, dyskretnie wskazując na pomidorową plamę.
Dante kompletnie zignorował przekaz i ułożył palce w małą piramidkę, a następnie zamknął na chwilę oczy. Ponownie zmarszczył brwi, a usta zacisnął w cienką linię, którą w końcu rozluźnił, gdy westchnął. Spojrzał na chłopca zmęczonym spojrzeniem.
— To człowiek uparty, czasem dość gburliwy i burakowaty, głównie w środy, idiota na sobotnich wieczorkach i lokalny ryzykant świszczypała. Ale ogółem, tak, jest miły. Raczej go polubisz. Martwiłbym się o jego zdrowie psychiczne.
— Przeszedłeś coś ciężkiego, prawda? — spytał Juni, nerwowo zaciskając palce na materiale kurtki.
— Przeszedłem dużo ciężkich cosiów — wymamrotał Dante, przecierając twarz dłońmi. — Ale nie myśl o tym. Szkoda czasu. Rachunek za prąd i czynsz są jak na razie moim największym problemem.
— Trochę trudno nie myśleć o tym wszystkim.
— Słuchaj, Juni, wracając do twojego wcześniejszego wyznania... — podrapał się po głowie. — Mam dla ciebie małą radę. Nie mam pojęcia, co przeżyłeś. Zrobisz, co zechcesz, ale podejdź do tego wszystkiego jak do niezręcznej sytuacji, zawstydzającego zdarzenia. Czasu nie zmienisz, stało się. Jeśli nie masz na coś wpływu, to nie zamęczaj się tym, idź dalej i tyle.
Juni uśmiechnął się słabo. Czuł się trochę lepiej niż wcześniej.
— Wiesz, jedna osoba przyczyniła się do naszych problemów. Znaczy się, nie obwiniam go za wcześniejsze wydarzenia, to nie przez niego musimy się włóczyć przez kraj, ale i tak.
— Powiesz coś więcej?
— No wiesz, ten cały Shinobi, wielki dziwak, adidasy w kwiatki i gitara...
— Proszę, nie mów mi, że poznałeś go osobiście. Jak matkę kocham, mija kilka dni, a wy już jedziecie na spotkanie z ekscentrycznym anarchistą i zawieracie znajomości z podejrzanym człowiekiem małpą! — Dante w ciągu kilku sekund zmienił nastawienie z pogodnego na przerażony. Pocił się lekko, a jego oczy wędrowały ciągle w różnych kierunkach, zamiast przypatrywać się drodze. Jak na gościa koło dwudziestki, dawał wrażenie osoby doświadczonej w czymkolwiek los postanowił w niego rzucić.
— Zostawił nas w środku lasu — Juni zaryzykował i postanowił dobić mężczyznę.
Dante gwałtownie zahamował. Było czerwone światło i prawie wjechał w auto przed nimi. Kierowca zaczął coś wrzeszczeć, ale mężczyzna jedynie wywrócił oczami i wystawił środkowy palec przez okno. Wyciągnął telefon i zaczął wściekle naciskać na ekran. Juni zanotował sobie, by nie brać z tego człowieka przykładu.
— Co robisz?
— Piszę agresywnego esemesa — odparł poważnie.
***
Ponowny timeskip, kilka dni do przodu, bo wcześniej Ryuu przespała całą zasraną akcję z Junim
Ryuu śniło się, że leżała na
puszystym futrzanym dywanie. Czuła ciepło ogniska. W bujanym fotelu
obok siedziała dziwna postać, kobieta ze skórą przypominającą
materiał szmacianych lalek i oczami, które były jedynie prostymi
czarnymi guzikami. Wszędzie czarne szwy. Dłońmi w paski i w kropki
nieznajoma trzymała druty i kłębek wełny. Robiła skarpety. Od jej
kończyn
odchodziły cieniutkie srebrne nitki.
— Jestem Babcia Kwas! — przedstawiła
się, chichocząc i nie przerywając czynności.
Ryuu obudziło ciche mruczenie. Dziewczynka otarła oczy, zamrugała, a po
chwili wzdrygnęła się, gdy przypomniała sobie wydarzenia z wcześniej. Na
ustach wciąż miała posmak ziemniaków, a ubita ziemia i zimny kamień
wcale nie poprawiały jej humoru.
Shinobi.
Zabije go, zamorduje i powiesi za jajca na balkonie.
Momo, dalej w swojej cherlawej, ale dość wysokiej postaci, siedział skulony koło niej w kącie - jak przypuszczali - jaskini albo nory i podpiekał kiełbaski z obiadu nad wątłym płomieniem świecy.
Powodzenia, ale weź się podziel.
Jak na zawołanie, kot-nie-do-końca-kot podał jej kawałek mięsa nabitego na plastikowy widelczyk i uśmiechnął się promiennie. Ryuu z szybkością światła porwała kiełbaskę i ścisnęła chowańca za rękę. Nie jestem sama, powtarzała sobie w głowie. Liczą na mnie.
Byli otuleni w jej ponczo i szal, które jak dotąd leżały gdzieś zgniecione w plecaku. Chowaniec musiał go wyjąć, gdy spała. Aż się zdziwiła, że plecak go nie ugryzł. W głowie Ryuu zapaliła się żarówka.
Shinobi.
Zabije go, zamorduje i powiesi za jajca na balkonie.
Momo, dalej w swojej cherlawej, ale dość wysokiej postaci, siedział skulony koło niej w kącie - jak przypuszczali - jaskini albo nory i podpiekał kiełbaski z obiadu nad wątłym płomieniem świecy.
Powodzenia, ale weź się podziel.
Jak na zawołanie, kot-nie-do-końca-kot podał jej kawałek mięsa nabitego na plastikowy widelczyk i uśmiechnął się promiennie. Ryuu z szybkością światła porwała kiełbaskę i ścisnęła chowańca za rękę. Nie jestem sama, powtarzała sobie w głowie. Liczą na mnie.
Byli otuleni w jej ponczo i szal, które jak dotąd leżały gdzieś zgniecione w plecaku. Chowaniec musiał go wyjąć, gdy spała. Aż się zdziwiła, że plecak go nie ugryzł. W głowie Ryuu zapaliła się żarówka.
—
Aha! — pstryknęła nonszalancko palcami. — Mika Rafael Kajitani III!
Imię jak dla szlachty! Co sądzisz? A może Filemon? — oparła
Momo, a raczej Mika, uśmiechnął się tylko i podał jej drugą kiełbaskę. Dziewczynka przyjęła podarek z wdzięcznością i zjadła szybko. Przez krótką chwilę siedzieli w kompletnej ciszy. Cóż, w każdym razie Ryuu. Mika i tak był już niemy.
— No, to co teraz robimy? — odezwała się w końcu. — Alleluja i do przodu?
Mika wzruszył ramionami i zerknął na jeden z tuneli jaskini, z których można było poczuć wątły powiew chłodnego powietrza. Ryuu kiwnęła głową bardziej do siebie niż do niego i wstała powoli, otrzepując się z kurzu. Mika ponownie zmienił się w kota i wgramolił się do jej plecaka.
Dziewczynka znowu poczuła się nieswojo. Mika milczał nawet w postaci kota, jakby specjalnie chciał doprowadzić ją do szaleństwa.
Westchnęła i ruszyła przed siebie.
Im dalej Ryuu szła, tym bardziej tunel się się zniżał. Nie minęła chwila, a już musiała się czołgać na kolanach. Przynajmniej było sucho. I nie widziała pająków, co niestety w porównaniu do jej obecnej sytuacji było najmniejszym problemem.
Wiatr świszczał ciągle w uszach dziewczynki i sypał piach w jej oczy. Musiała ciągle mrużyć powieki, ale i tak dostrzegła smugę światła kilkanaście metrów dalej. Wyjście.
Momo, a raczej Mika, uśmiechnął się tylko i podał jej drugą kiełbaskę. Dziewczynka przyjęła podarek z wdzięcznością i zjadła szybko. Przez krótką chwilę siedzieli w kompletnej ciszy. Cóż, w każdym razie Ryuu. Mika i tak był już niemy.
— No, to co teraz robimy? — odezwała się w końcu. — Alleluja i do przodu?
Mika wzruszył ramionami i zerknął na jeden z tuneli jaskini, z których można było poczuć wątły powiew chłodnego powietrza. Ryuu kiwnęła głową bardziej do siebie niż do niego i wstała powoli, otrzepując się z kurzu. Mika ponownie zmienił się w kota i wgramolił się do jej plecaka.
Dziewczynka znowu poczuła się nieswojo. Mika milczał nawet w postaci kota, jakby specjalnie chciał doprowadzić ją do szaleństwa.
Westchnęła i ruszyła przed siebie.
Im dalej Ryuu szła, tym bardziej tunel się się zniżał. Nie minęła chwila, a już musiała się czołgać na kolanach. Przynajmniej było sucho. I nie widziała pająków, co niestety w porównaniu do jej obecnej sytuacji było najmniejszym problemem.
Wiatr świszczał ciągle w uszach dziewczynki i sypał piach w jej oczy. Musiała ciągle mrużyć powieki, ale i tak dostrzegła smugę światła kilkanaście metrów dalej. Wyjście.
Przyspieszyła, o ile tak można nazwać bardziej żywiołowe przebieranie
łokciami po ziemi, i kilka sekund później wypadła z dziury (jak się
później okazało, w grubym murze) na uschłą trawę. Zachłysnęła się nagłym
przypływem świeżego powietrza i wypluła resztki ziemi z ust. Mina
zrzedła jej jeszcze bardziej, gdy kilka dużych kropel spadło jej na
odsłonięty kark. Grzmiało, padało, a wiatr nieubłaganie smagał ją po
policzkach, jakby Ryuu obraziła go czymś wyjątkowo osobistym.
Gdy dziewczynka podniosła głowę, ujrzała największe zadupie, jakie kiedykolwiek widziała na oczy. Pożółkła trawa sięgająca do kolan, błoto, rowy, pojedyncza krówka gdzieś w oddali i kamienie. Dużo kamieni.
— Przepraszam, kuźwa, bardzo, ale jak dalej iść do Rhein? — wrzasnęła na najciemniejszy punkt na niebie. Chmura nie odpowiedziała i nie zaprzestała się wypróżniać.
Zrezygnowana odwróciła się w stronę muru, na którym siedziało kilka wron, które wpatrywały się w dziewczynkę paciorkowatymi oczami.
Ryuu, tracąc już resztki nadziei, uniosła dramatycznie ręce do góry.
— O, szanowne pierzaste stworzenia z najmroczniejszych kniei ludzkiego umysłu - zaczęła monotonnym głosem, kierując spojrzenie na ptaki. — Czy waćwrony udzielą mej osobie odpowiedzi, jak można zajść do Rhein?
Jedna z wron zaskrzeczała.
— Oho — Ryuu wskazała ręką na pola i krowę. Ani jedna nie zaskrzeczała, ale ostatnia z lewej zrzuciła swój balast na cegły.
Dziewczynka wskazała na przeciwną stronę, za mur, na co wszystkie zakrakały głośno.
— Zwracam honor — dygnęła i zasalutowała, a następnie z rozbiegu wskoczyła na mur z taką siłą, że gdy już na niego wskoczyła, to przeturlała się i prawie spadła na drugą stronę.
A mur był wysoki i gruby. Dość wysoki, by złamać sobie nogę przy nieuważnym skoku.
Gdy dziewczynka podniosła głowę, ujrzała największe zadupie, jakie kiedykolwiek widziała na oczy. Pożółkła trawa sięgająca do kolan, błoto, rowy, pojedyncza krówka gdzieś w oddali i kamienie. Dużo kamieni.
— Przepraszam, kuźwa, bardzo, ale jak dalej iść do Rhein? — wrzasnęła na najciemniejszy punkt na niebie. Chmura nie odpowiedziała i nie zaprzestała się wypróżniać.
Zrezygnowana odwróciła się w stronę muru, na którym siedziało kilka wron, które wpatrywały się w dziewczynkę paciorkowatymi oczami.
Ryuu, tracąc już resztki nadziei, uniosła dramatycznie ręce do góry.
— O, szanowne pierzaste stworzenia z najmroczniejszych kniei ludzkiego umysłu - zaczęła monotonnym głosem, kierując spojrzenie na ptaki. — Czy waćwrony udzielą mej osobie odpowiedzi, jak można zajść do Rhein?
Jedna z wron zaskrzeczała.
— Oho — Ryuu wskazała ręką na pola i krowę. Ani jedna nie zaskrzeczała, ale ostatnia z lewej zrzuciła swój balast na cegły.
Dziewczynka wskazała na przeciwną stronę, za mur, na co wszystkie zakrakały głośno.
— Zwracam honor — dygnęła i zasalutowała, a następnie z rozbiegu wskoczyła na mur z taką siłą, że gdy już na niego wskoczyła, to przeturlała się i prawie spadła na drugą stronę.
A mur był wysoki i gruby. Dość wysoki, by złamać sobie nogę przy nieuważnym skoku.
Przystanęła,
by rozejrzeć się dokładniej, ale z zawodem odkryła, że od tamtej strony
przegrody różni je tyko sposób gospodarowania i stopień zadbania ziemi. Nic
oprócz ziemi, mgły, warzyw i stracha na wróble.
Spojrzała jeszcze raz, uważniej, wykrzywiając lekko głowę. Światło. Wyjątkowo dyskretna kropeczka wśród drzew, szarzyzny i mroku.
Spojrzała jeszcze raz, uważniej, wykrzywiając lekko głowę. Światło. Wyjątkowo dyskretna kropeczka wśród drzew, szarzyzny i mroku.
Ulewa
złagodniała i przerodziła się
w delikatne kropienie, ale Ryuu i tak trzęsła się z zimna. Szybko
narzuciła na siebie zmechacone ponczo i zeskoczyła na ziemię, całkowicie
brudząc sobie i tak już niezbyt ładnie wyglądające buty i spodnie.
Mozolnie
idąc przez błoto myślała o rożnych rzeczach i ludziach. O mamie, tacie,
wujku, który stanowczo powinien otrzymać więcej czasu antenowego oraz o
Junim, który robił w tej chwili nie wiadomo co, jednocześnie
zamartwiając się o kuzynkę. Rozmyślała nawet o kolegach i
koleżankach z klasy, uzależnionych od snapchata wielobarwnych
osobowościach o równie różnorodnym poziomie spierdolenia. Nie to, że
była lepsza. Sama spędzała godzinę dziennie na ao3, czytając one-shot za
one-shotem.
Właśnie mijała strach na wróble, gdy usłyszała dziwny szelest. Coś żywego. Odskoczyła na bezpieczną odległość i odwróciła się szybko, by ujrzeć właśnie tego samotnego stracha ubranego w kraciaste szmaty, który uśmiechał się nieobecnie.
Właśnie mijała strach na wróble, gdy usłyszała dziwny szelest. Coś żywego. Odskoczyła na bezpieczną odległość i odwróciła się szybko, by ujrzeć właśnie tego samotnego stracha ubranego w kraciaste szmaty, który uśmiechał się nieobecnie.
— Dobry wieczór! — zagadnął nagle i
wyszczerzył się jadowicie. Szeroki kołnierz z siana zaszeleścił,
a ogień w dyniowym łbie trzaskał zachęcająco.
— Dobry wieczór — odparła sucho i
odeszła jak najszybciej w stronę jasnego punktu, który stawał się intensywniejszy z każdą chwilą.
Czuła
na sobie przeszywający wzrok dyni. Odwróciła się na chwilę, ale zniżyła
szybko głowę, bo Strach wciąż stał i patrzył. Zmarszczyła
brwi. Miał jakiś problem?
Wokół nóg Ryuu zaczęły się owijać łodygi dyni. Ściągały dziewczynkę w dół i zaciskały się boleśnie. Podskoczyła zaskoczona i zaczęła tupać mocno nogami, by odgonić roślinę. Najszybciej jak potrafiła, sięgnęła do kieszeni i rozmieliła niezidentyfikowany proszek pomiędzy palcami, a następnie pstryknęła. W jej dłoni pojawił się płomień, którym podpaliła pnącze. Roślina zaskrzeczała, a ona już sekundę później gnała łeb na szyję przez dyniowe pole i wrzosowiska.
Wokół nóg Ryuu zaczęły się owijać łodygi dyni. Ściągały dziewczynkę w dół i zaciskały się boleśnie. Podskoczyła zaskoczona i zaczęła tupać mocno nogami, by odgonić roślinę. Najszybciej jak potrafiła, sięgnęła do kieszeni i rozmieliła niezidentyfikowany proszek pomiędzy palcami, a następnie pstryknęła. W jej dłoni pojawił się płomień, którym podpaliła pnącze. Roślina zaskrzeczała, a ona już sekundę później gnała łeb na szyję przez dyniowe pole i wrzosowiska.
Bieganie po nieznanym terenie może się różnie skończyć - raz wpadniesz
do rowu, odkryjesz nowe miejsce, coś cię zje, a raz się przewrócisz o
dynię, jak zrobiła to Ryuu. Oprócz tego przekoziołkowała jeszcze po
pagórku i w dół, obijając się o kamienie i brudząc sobie ręce
mokrą ziemią. Piknie, cudownie.
Gdy podniosła głowę, w jej umyśle przemówił głos GPS-a. Dotarłeś do celu.
Gdy podniosła głowę, w jej umyśle przemówił głos GPS-a. Dotarłeś do celu.
Stała kilkanaście stóp przed
tawerną, której nazwa brzmiała „Bez Nazwy”.
Nucąc pod nosem hello darkness my old friend, Ryuu wyraźnie dała i sobie, i czytelnikom do zrozumienia, że jeszcze tylko troszkę, a z własną aprobatą sturlałaby się ze wzgórza jeszcze raz i celowo oberwała jakimś ostrym kamieniem w skroń.
— Nie mówiłam tego bardzo długi czas, ale wiesz, Mika, chcę do mamy — mruknęła niemrawo, kierując się powoli do drzwi. Gdy weszła, poczuła przyjemny zapach jabłecznika i atmosferę typowej rodzinnej knajpy, do której, ha, ha, przyszła sama z kotem. Większość stolików była zapełniona, a z radia grała spokojna muzyka.
— Nie mówiłam tego bardzo długi czas, ale wiesz, Mika, chcę do mamy — mruknęła niemrawo, kierując się powoli do drzwi. Gdy weszła, poczuła przyjemny zapach jabłecznika i atmosferę typowej rodzinnej knajpy, do której, ha, ha, przyszła sama z kotem. Większość stolików była zapełniona, a z radia grała spokojna muzyka.
— Do kogo należy to pole? — spytała
krępego mężczyzny z okazałym wąsem stojącego za ladą.
— Do panienki Hex, ma się rozumieć! — odparł raźnie i wrócił do swojego poprzedniego zajęcia, jakim było struganie mini pajacyków.
— Do panienki Hex, ma się rozumieć! — odparł raźnie i wrócił do swojego poprzedniego zajęcia, jakim było struganie mini pajacyków.
Ryuu
odeszła od lady i usiadła przy
pierwszym lepszym stoliku. Podbiegła do niej, jak wywnioskowała,
gospodyni. Nie widziała innych kelnerek, a kilka chwil wcześniej
widziała tę samą kobietę, kiedy taszczyła drewnianą skrzynię po
schodach.
— Coś do jedzenia, kochanie?
— Nie mam zbyt wielu pieniędzy — mruknęła, wiedząc, że dziesięć tysięcy od wujka przyda się jej w ważniejszej sytuacji. Przynajmniej miała drobne.
Gospodyni stała chwilę w zamyśleniu. Marszczyła brwi i rozglądała się po lokalu. Po chwili, uśmiechnęła się i z ulgą spojrzała na Ryuu.
— Trudno, akurat przyda mi się drobna pomoc — stwierdziła raźnie i klasnęła w dłonie. — Kochani! — zawołała do gości. — Mamy ochotnika!
Tłum wyraźnie się rozweselił, niektórzy westchnęli z ulgą, a Ryuu pogodziła się z wyzyskiwaniem własnej osoby, mimo że problem z którym miała się zmierzyć wydawał się dość niepokojący. Reakcje gości były dość dziwne. Choć z drugiej strony, może to będzie coś banalnego? Jest przecież dzieckiem! A to dorośli ludzie, prawda? - zapytała samą siebie. Powinni sami sobie radzić z problemami, nie? Pewnie byli leniwi i tyle.
— Zbierz kilka dyń z pola i będziemy kwita! Taczka jest na werandzie. — gospodyni wręczyła Ryuu sekator, a dziewczynka z tryumfem wypisanym na twarzy wzięła narzędzie od kobiety. Czyżby jej teza się sprawdziła?
— Tylko uważaj — gospodyni mrugnęła. — Dynie były siane z tych nasion.
Ach, to z tym był problem. Powieka Ryuu drgnęła, ale westchnęła i kiwnęła głową. Otworzyła drzwi i spojrzała mętnie na deszcz.
— Się robi.
— Coś do jedzenia, kochanie?
— Nie mam zbyt wielu pieniędzy — mruknęła, wiedząc, że dziesięć tysięcy od wujka przyda się jej w ważniejszej sytuacji. Przynajmniej miała drobne.
Gospodyni stała chwilę w zamyśleniu. Marszczyła brwi i rozglądała się po lokalu. Po chwili, uśmiechnęła się i z ulgą spojrzała na Ryuu.
— Trudno, akurat przyda mi się drobna pomoc — stwierdziła raźnie i klasnęła w dłonie. — Kochani! — zawołała do gości. — Mamy ochotnika!
Tłum wyraźnie się rozweselił, niektórzy westchnęli z ulgą, a Ryuu pogodziła się z wyzyskiwaniem własnej osoby, mimo że problem z którym miała się zmierzyć wydawał się dość niepokojący. Reakcje gości były dość dziwne. Choć z drugiej strony, może to będzie coś banalnego? Jest przecież dzieckiem! A to dorośli ludzie, prawda? - zapytała samą siebie. Powinni sami sobie radzić z problemami, nie? Pewnie byli leniwi i tyle.
— Zbierz kilka dyń z pola i będziemy kwita! Taczka jest na werandzie. — gospodyni wręczyła Ryuu sekator, a dziewczynka z tryumfem wypisanym na twarzy wzięła narzędzie od kobiety. Czyżby jej teza się sprawdziła?
— Tylko uważaj — gospodyni mrugnęła. — Dynie były siane z tych nasion.
Ach, to z tym był problem. Powieka Ryuu drgnęła, ale westchnęła i kiwnęła głową. Otworzyła drzwi i spojrzała mętnie na deszcz.
— Się robi.
— Grochówkę dostaniesz jak wrócisz, dobrze?
— A mam jakiś wybór?
Gospodyni zaśmiała się i zamknęła za nią drzwi
Coś pociągnęło dziewczynkę w stronę Stracha, więc pchnęła taczkę w stronę sylwetki we mgle. Postanowiła obejrzeć ten twór jeszcze raz, zebrać dynie i wrócić jak najszybciej, by spytać się o kierunek do Rhein.
— A mam jakiś wybór?
Gospodyni zaśmiała się i zamknęła za nią drzwi
Coś pociągnęło dziewczynkę w stronę Stracha, więc pchnęła taczkę w stronę sylwetki we mgle. Postanowiła obejrzeć ten twór jeszcze raz, zebrać dynie i wrócić jak najszybciej, by spytać się o kierunek do Rhein.
Dopiero
teraz Ryuu zauważyła jak różnorodne są dynie, które tutaj uprawiali.
Kontrastujące kształty i kolory, pomieszanie z poplątaniem. Dziewczynka
czuła się nieco przytłoczona. Pole było ogromne i zdawało się nie mieć
końca.
Mogła chociaż wciąć parasol. Ale czy byłoby to praktyczne? Taczka bez przerwy grzęzła w błocie i trzeba było się zaprzeć albo ją przechylić, żeby ją wydostać.
— Nie mogłabyś, no nie wiem, rzucić jakiegoś zaklęcia? — spytał naburmuszony Mika, który mimo wszystko wyglądał bardzo kontent, że mógł używać głosu w kociej formie.
— Gdybym znała jakieś albo coś pamiętała, to chyba bym go użyła — wysyczała i pacnęła kota w głowę. — Nie narzekaj, tylko siedź w plecaku i się nie wychylaj. Nie chcę, byś zamoczył inne rzeczy.
— Mogę ci tam zawsze nasikać — odgryzł się kot.
— No to miłego spania we własnym smrodzie. Koca ci nie dam. — ta uwaga uciszyła kota, bo mruknął tylko poirytowany i zasunął za sobą zamek plecaka.
Wędrówka do kukły nie zajęło dużo czasu, a przynajmniej tak się Ryuu wydawało. W każdym razie, nie wiedziała, czy było warto. Patrząc ze zniesmaczoną miną na Stracha, dziewczynka uświadomiła sobie, że to się może skończyć źle. Tragicznie wręcz, jeśli przedmiot opętał jakiś demon.
Mogła chociaż wciąć parasol. Ale czy byłoby to praktyczne? Taczka bez przerwy grzęzła w błocie i trzeba było się zaprzeć albo ją przechylić, żeby ją wydostać.
— Nie mogłabyś, no nie wiem, rzucić jakiegoś zaklęcia? — spytał naburmuszony Mika, który mimo wszystko wyglądał bardzo kontent, że mógł używać głosu w kociej formie.
— Gdybym znała jakieś albo coś pamiętała, to chyba bym go użyła — wysyczała i pacnęła kota w głowę. — Nie narzekaj, tylko siedź w plecaku i się nie wychylaj. Nie chcę, byś zamoczył inne rzeczy.
— Mogę ci tam zawsze nasikać — odgryzł się kot.
— No to miłego spania we własnym smrodzie. Koca ci nie dam. — ta uwaga uciszyła kota, bo mruknął tylko poirytowany i zasunął za sobą zamek plecaka.
Wędrówka do kukły nie zajęło dużo czasu, a przynajmniej tak się Ryuu wydawało. W każdym razie, nie wiedziała, czy było warto. Patrząc ze zniesmaczoną miną na Stracha, dziewczynka uświadomiła sobie, że to się może skończyć źle. Tragicznie wręcz, jeśli przedmiot opętał jakiś demon.
— Witam ponownie! Potrzebujesz może
pomocy? — przywitał się życzliwie Strach i kiwnął palcem z czarnej
ostrej gałązki.
—
Cześć. I nie, dziękuję. — Ryuu zabrała
się za ścinanie dyń. Zaczęły skrzeczeć i wrzeszczeć, więc pacnęła jedną,
ale cofnęła rękę, gdy warzywo spróbowało ją ugryźć. Reszta zarechotała
wrednie.
Ryuu nigdy nie myślała, że zacznie wyzywać dynie od skurwieli. Czy da się zamordować warzywo?
— Kim jesteś? Znaczy się, jakim stworzeniem jesteś? — spytała w końcu Stracha, który z czystą ciekawością i błyskiem oczu przypatrywał się poczynaniom dziewczynki. Jedna z dyń zaczęła przedrzeźniać ją głosem Morgana Freemana. Sekator w dłoni Ryuu natychmiastowo znalazł się wyjątkowo blisko jej głowy. Ta wrzasnęła, inne zaryczały niekontrolowanym śmiechem.
Ryuu nigdy nie myślała, że zacznie wyzywać dynie od skurwieli. Czy da się zamordować warzywo?
— Kim jesteś? Znaczy się, jakim stworzeniem jesteś? — spytała w końcu Stracha, który z czystą ciekawością i błyskiem oczu przypatrywał się poczynaniom dziewczynki. Jedna z dyń zaczęła przedrzeźniać ją głosem Morgana Freemana. Sekator w dłoni Ryuu natychmiastowo znalazł się wyjątkowo blisko jej głowy. Ta wrzasnęła, inne zaryczały niekontrolowanym śmiechem.
Strach również się zaśmiał, cicho i piskliwie.
— Nikim zwyczajnym, strachem.
— Myślisz nad czymś filozoficznym czy serio masz tak niską samoocenę? - spytała luźno, nie odrywając się od pracy. Zerknęła szybko na Stracha, który nie spuszczał z niej wzroku. W żadnym wypadku nie czuła się komfortowo. Coś było nie tak, ale nie wiedziała co. Znaczy się, cała ta sytuacja była w wielu aspektach nie tak i niefajna, ale to uczucie wychodziło spoza te kategorie. Fałszywe poczucie bezpieczeństwa? Manipulacja? Może to coś potrafiło czytać w myślach?
A jak ją zje?
Dynie przycichły, a Ryuu wpakowała je szybko na taczkę, by nie marnować więcej czasu. Gdy odwróciła głowę w stronę Stracha zauważyła, że kukła gwałtownie urosła. Dwu i pół metrowa postać pochylała się nad nią, szczerząc wycięte z dyni zęby zza których buchał ogień. Rozczapierzał patykowate palce, a z jego oczu i buzi ciekł wosk wymieszany z olejem.
— Planujesz coś? — wycedziła Ryuu przez zęby, celując sekatorem w potwora.
— Wybacz, taki nawyk — odparł, nagle się prostując i nieruchomiejąc.
Świeczka w dyni zgasła.
Ryuu westchnęła i wpakowała pozostałe dynie do taczki. Ledwo się mieściły i musiała bardzo uważać żeby nie upadły i potoczyły się gdzieś dalej, ale zmotywowana wizją grochówki i oddalenia od podejrzanego Stracha, pchała taczkę ze zdwojoną siłą.
Fakt, że krzyki warzyw układały się w do re mi fa sol la si do, pomagał odrobinę. Piskliwe głosiki w końcu przestały wrzeszczeć, ale zaczęły śpiewać acapella, co było o niebo przyjemniejsze i podnosiło na duchu. Minęło solidne czterdzieści minut zanim przebrnęła się przez grząskie błoto i pozbierała wszystkie warzywa.
Gospodyni podała warzywa wąsatemu Tadeuszowi, miejscowemu kucharzowi i stolarzowi, który w zastraszającym tempie zrobił z nich lampiony. Cztery z nich - dynię sweet dumpling, makaronową, piżmową, muszkatołową i jeden kabaczek dał Ryuu "na pamiątkę".
Ryuu wyparła wspomnienia z ostatnich kilku godzin i postanowiła uczcić swoje małe zwycięstwo, delektując się zupą wśród dyniowych lampionów i relaksacyjnej muzyki. A chu, że to nawet nie był 31 października.
— Myślisz nad czymś filozoficznym czy serio masz tak niską samoocenę? - spytała luźno, nie odrywając się od pracy. Zerknęła szybko na Stracha, który nie spuszczał z niej wzroku. W żadnym wypadku nie czuła się komfortowo. Coś było nie tak, ale nie wiedziała co. Znaczy się, cała ta sytuacja była w wielu aspektach nie tak i niefajna, ale to uczucie wychodziło spoza te kategorie. Fałszywe poczucie bezpieczeństwa? Manipulacja? Może to coś potrafiło czytać w myślach?
A jak ją zje?
Dynie przycichły, a Ryuu wpakowała je szybko na taczkę, by nie marnować więcej czasu. Gdy odwróciła głowę w stronę Stracha zauważyła, że kukła gwałtownie urosła. Dwu i pół metrowa postać pochylała się nad nią, szczerząc wycięte z dyni zęby zza których buchał ogień. Rozczapierzał patykowate palce, a z jego oczu i buzi ciekł wosk wymieszany z olejem.
— Planujesz coś? — wycedziła Ryuu przez zęby, celując sekatorem w potwora.
— Wybacz, taki nawyk — odparł, nagle się prostując i nieruchomiejąc.
Świeczka w dyni zgasła.
Ryuu westchnęła i wpakowała pozostałe dynie do taczki. Ledwo się mieściły i musiała bardzo uważać żeby nie upadły i potoczyły się gdzieś dalej, ale zmotywowana wizją grochówki i oddalenia od podejrzanego Stracha, pchała taczkę ze zdwojoną siłą.
Fakt, że krzyki warzyw układały się w do re mi fa sol la si do, pomagał odrobinę. Piskliwe głosiki w końcu przestały wrzeszczeć, ale zaczęły śpiewać acapella, co było o niebo przyjemniejsze i podnosiło na duchu. Minęło solidne czterdzieści minut zanim przebrnęła się przez grząskie błoto i pozbierała wszystkie warzywa.
Gospodyni podała warzywa wąsatemu Tadeuszowi, miejscowemu kucharzowi i stolarzowi, który w zastraszającym tempie zrobił z nich lampiony. Cztery z nich - dynię sweet dumpling, makaronową, piżmową, muszkatołową i jeden kabaczek dał Ryuu "na pamiątkę".
Ryuu wyparła wspomnienia z ostatnich kilku godzin i postanowiła uczcić swoje małe zwycięstwo, delektując się zupą wśród dyniowych lampionów i relaksacyjnej muzyki. A chu, że to nawet nie był 31 października.
Niestety, wkrótce okazało się, że ukojenie nerwów raczej nie nastąpi.
Ni stąd, ni zowąd w tawernie rozległy się powolne kroki, charakterystyczny stuk obcasów. Ludzie się spięli, gdy znikąd na środek lokalu weszła młoda kobieta w podartej czarne sukni i równie czarnych rozwichrzonych włosach. Miedziane oczy ze złotym błyskiem rozglądały się bystro po sali, mrużąc się lekko. "To Hex!" piszczeli ludzie.
Koci wzrok utkwiła w Ryuu, która wyjątkowo nieelegancko siorbała grochówkę, otoczona dyniami.
Ni stąd, ni zowąd w tawernie rozległy się powolne kroki, charakterystyczny stuk obcasów. Ludzie się spięli, gdy znikąd na środek lokalu weszła młoda kobieta w podartej czarne sukni i równie czarnych rozwichrzonych włosach. Miedziane oczy ze złotym błyskiem rozglądały się bystro po sali, mrużąc się lekko. "To Hex!" piszczeli ludzie.
Koci wzrok utkwiła w Ryuu, która wyjątkowo nieelegancko siorbała grochówkę, otoczona dyniami.
— Dobry wieczór, moi drodzy. Nie
wiecie może, gdzie zniknęło trzynaście moich dyń i dwa kabaczki? Jeśli dobrze
pamiętam, miałam ich tysiąc dwadzieścia trzy. Tysiąc dwadzieścia trzy dynie i pięćset kabaczków — urwała kpiąco. —
Naliczyłam tysiąc dziesięć dyn i czterysta dziewięćdziesiąt osiem kabaczków.
Ryuu spuściła wzrok przerażona i skupiła się na posiłku.
W tawernie panowała cisza.
— Czyli mam rozumieć, że
zmanipulowaliście dziecko, by wzięło dynie za was? — wymruczała w końcu,
wyzywająco spoglądając na zgromadzonych. — Nieładnie, moi drodzy,
nieładnie.
Hex pstryknęła placami, a sparaliżowana jak dotąd Ryuu wstała i podeszła do wiedźmy. Kobieta przyciągnęła dziewczynkę do siebie i położyła rękę na jej ramieniu. Przyłożyła palec wskazujący do ust, nakazując, by była cicho. Ryuu uniosła brwi w niedowierzaniu, ale posłuchała.
— Myślałam, że pasowały wam warunki Wilhelma — Hex przeleciała wzrokiem po zebranych, a następnie zerknęła dyskretnie na gospodynię, na co ta kiwnęła głową zrezygnowana.
Aha, pomyślała Ryuu, spisek przeciwko gościom.
Na twarzy wiedźmy pojawił się maniakalny uśmiech. Wbiła paznokcie w ramię Ryuu, a dziewczynka spięła się jeszcze bardziej. Ach, czas na zdrowaśki.
— Wypad! — zaśmiała się piskliwie czarownica i machnęła zamaszyście prawą rękę. Wszystkie drzwi i okna otworzyły się szeroko, a w pomieszczeniu zrobiło się zimno, mokro i ogółem nieprzyjemnie. Kilku ludzi dostało w twarz doniczką. Hex zagwizdała radośnie. Wiatr wiał coraz mocniej i mocniej, niektórzy ledwo utrzymywali się na ziemi. Na Ryuu i kilka osób najwyraźniej to nie działało, bo stali sobie spokojnie jak gdyby nigdy nic z wytrzeszczonymi oczami. Resztę wywiało, dosłownie.
— Jakaś wojna sąsiedzka? — spytała nieswojo, gdy wicher ustał. — Zapłacili chociaż?
— Zachłanne dupki i miejscowy plebs umysłowy — warknęła Hex, patrząc groźnie na drzwi za którymi zniknęli goście. — Możesz ich winić za aferę dyńkami. Zawsze chcą je kraść, ale w końcu się wkurzyłam i poszłam na kilka układów z duchami, więc przestali. Kto wie! Pewnie bali się licha, którego oczywiście nie zapraszałam! — wiedźma pokręciła głową i otrzepała suknię, spod której wysypały się czerwone liście. — Dobra, panowie, możecie wychodzić! — zawołała.
Klapa w podłodze otworzyła się z hukiem. Przecisnęła się przez nią grupa staroświecko ubranych ludzi trzymających instrumenty muzyczne. Hex zerknęła na skołowaną dziewczynkę i wywróciła oczami.
— Jak myślisz, czemu przyszłam akurat w tej chwili? Miałam w końcu pretekst, by ich stąd wywalić. Musiałam mieć kogoś, kto by obserwował-
— Zastanawia mnie fakt, dlaczego upchnęła pani akurat big-band w piwnicy.
— Mam słabość do jazzu i tyle, okej? A dzięki szanownej właścicielce lokalu mam teraz to miejsce do dyspozycji, więc skorzystałam z okazji.
Dziewczynka nie odpowiedziała. Dokończyła zupę i gdy już chciała wstać, przypomniała jej się drobna prośba skrytobójcy. Podeszła do kucharza z lekko posiwiałym wąsem.
Hex pstryknęła placami, a sparaliżowana jak dotąd Ryuu wstała i podeszła do wiedźmy. Kobieta przyciągnęła dziewczynkę do siebie i położyła rękę na jej ramieniu. Przyłożyła palec wskazujący do ust, nakazując, by była cicho. Ryuu uniosła brwi w niedowierzaniu, ale posłuchała.
— Myślałam, że pasowały wam warunki Wilhelma — Hex przeleciała wzrokiem po zebranych, a następnie zerknęła dyskretnie na gospodynię, na co ta kiwnęła głową zrezygnowana.
Aha, pomyślała Ryuu, spisek przeciwko gościom.
Na twarzy wiedźmy pojawił się maniakalny uśmiech. Wbiła paznokcie w ramię Ryuu, a dziewczynka spięła się jeszcze bardziej. Ach, czas na zdrowaśki.
— Wypad! — zaśmiała się piskliwie czarownica i machnęła zamaszyście prawą rękę. Wszystkie drzwi i okna otworzyły się szeroko, a w pomieszczeniu zrobiło się zimno, mokro i ogółem nieprzyjemnie. Kilku ludzi dostało w twarz doniczką. Hex zagwizdała radośnie. Wiatr wiał coraz mocniej i mocniej, niektórzy ledwo utrzymywali się na ziemi. Na Ryuu i kilka osób najwyraźniej to nie działało, bo stali sobie spokojnie jak gdyby nigdy nic z wytrzeszczonymi oczami. Resztę wywiało, dosłownie.
— Jakaś wojna sąsiedzka? — spytała nieswojo, gdy wicher ustał. — Zapłacili chociaż?
— Zachłanne dupki i miejscowy plebs umysłowy — warknęła Hex, patrząc groźnie na drzwi za którymi zniknęli goście. — Możesz ich winić za aferę dyńkami. Zawsze chcą je kraść, ale w końcu się wkurzyłam i poszłam na kilka układów z duchami, więc przestali. Kto wie! Pewnie bali się licha, którego oczywiście nie zapraszałam! — wiedźma pokręciła głową i otrzepała suknię, spod której wysypały się czerwone liście. — Dobra, panowie, możecie wychodzić! — zawołała.
Klapa w podłodze otworzyła się z hukiem. Przecisnęła się przez nią grupa staroświecko ubranych ludzi trzymających instrumenty muzyczne. Hex zerknęła na skołowaną dziewczynkę i wywróciła oczami.
— Jak myślisz, czemu przyszłam akurat w tej chwili? Miałam w końcu pretekst, by ich stąd wywalić. Musiałam mieć kogoś, kto by obserwował-
— Zastanawia mnie fakt, dlaczego upchnęła pani akurat big-band w piwnicy.
— Mam słabość do jazzu i tyle, okej? A dzięki szanownej właścicielce lokalu mam teraz to miejsce do dyspozycji, więc skorzystałam z okazji.
Dziewczynka nie odpowiedziała. Dokończyła zupę i gdy już chciała wstać, przypomniała jej się drobna prośba skrytobójcy. Podeszła do kucharza z lekko posiwiałym wąsem.
— Nazywa się pan Tadeusz? — upewniła się, przestępując z nogi na nogę.
— Nazywam się Tadeusz — upewnił ją mężczyzna.
— Mam do przekazania wiadomość. Pan Shinobi pozdrawia.
— A kopnij capa!
— Z przyjemnością — Ryuu skłoniła się lekko i odeszła. Prosto, szybko.
Przybiła sobie mentalną piątkę za to, że ani razu się nie zająknęła. Nie
lubiła oznajmiać, informować, przekazywać albo chodzić gdziekolwiek, by
się o coś zapytać lub poprosić o przysługę. To po prostu niezręczne.
Szczególnie jeśli ma się do czynienia z urzędnikami, nauczycielami i
sąsiadami. Po prostu z ludźmi.
Wciąż głodna, poczęstowała się bagietkami i niepostrzeżenie wsunęła
dwie do plecaka razem z kilkoma mandarynkami, by mieć coś na później i
przy okazji udobruchać chowańca. Mika najwyraźniej złapał haczyk, bo
poczuła delikatne kotłowanie pod materiałem. Bingo. Tylko cz koty jedzą
owoce i chleb?
— Już nas opuszczasz? — Hex zmaterializowała się przed dziewczynką z cichym świstem i oparła ręce na biodrach.
— Mam kilka spraw do załatwienia — odparła Ryuu. — Męczących.
— Skoro tak mówisz... — mruknęła w zamyśleniu wiedźma. — Ominie cię świetna zabawa.
Ryuu wzruszyła ramionami i pozbierała dyniowe lampiony. Zamierzała tu wrócić jak tylko nadarzy się okazja.
— Już nas opuszczasz? — Hex zmaterializowała się przed dziewczynką z cichym świstem i oparła ręce na biodrach.
— Mam kilka spraw do załatwienia — odparła Ryuu. — Męczących.
— Skoro tak mówisz... — mruknęła w zamyśleniu wiedźma. — Ominie cię świetna zabawa.
Ryuu wzruszyła ramionami i pozbierała dyniowe lampiony. Zamierzała tu wrócić jak tylko nadarzy się okazja.
Zabierz dynie pani Hex
Z pola zwiewaj jak najprędzej
Licho będzie czyhać!
Warzywa ciągle śpiewały to samo. Najwyraźniej nie posiadały poczucia czasu.
Pozostali goście śpiewali, a nieco zbita z tropu
Ryuu nadal stała niezręcznie na środku drewnianego parkietu z lampionami
trzymanymi kurczowo pod pachą. Miała wrażenie, że gospoda była kilka
razy bardziej przytłoczona niż wcześniej.
— Prze pana, co tu się właściwie
dzieje? — mruknęła do saksofonisty.
—
Wczuj się i lepiej weź te dynie.
Mówię ci, jak na razie nic dobrego nie wyszło z ignorowania tych
ludzi. - szepnął mężczyzna i starł pod z czoła. — No, idź już! Niedaleko
jest przystanek, jadą prosto do miasta, bez innych postojów.
—
Dziękuję! — Ryuu uśmiechnęła się do muzyka. Prawie każdy był
tutaj miły, ale bezpośredniość i brak przedłużania były miłą odmianą. Nie potrzebowała w tej chwili chaosu. Juni na nią czekał.
Wzięła czyiś parasol i zwiała z knajpy prosto w deszcz. Od tawerny
odchodziła tylko jedna droga wijąca się fantazyjnie miedzy drzewami.
Cycuś glancuś, pójdzie i dojdzie.
Dynie piszczały, nuciły, próbowały zaśpiewać kilka coverów coverów zrobionych przez Pentatonix i robiły wszystko, by ktoś je zauważył. Chciała je upchnąć ciasno do skórzanej torby, którą zwinęła z lady, ale warzywa kotłowały się środku, a ogień świeczek niebezpiecznie się powiększał.
Przystała na tym, że mniejsze trzymała pod pachą, a naburmuszony Mika Rafael Kajitani III (którego dopiero co zbudziła z drzemki i siłą wyciągnęła z plecaka), musiałby trzymać te głośniejsze.
— Wiesz, Mika, teraz to już nas chyba nic nie zaskoczy! — wyszczerzyła się do chowańca. Kot zamigał coś, co najprawdopodobniej miało oznaczać "Fajnie, że tak myślisz. Jej, może przeżyjemy".
Dynie piszczały, nuciły, próbowały zaśpiewać kilka coverów coverów zrobionych przez Pentatonix i robiły wszystko, by ktoś je zauważył. Chciała je upchnąć ciasno do skórzanej torby, którą zwinęła z lady, ale warzywa kotłowały się środku, a ogień świeczek niebezpiecznie się powiększał.
Przystała na tym, że mniejsze trzymała pod pachą, a naburmuszony Mika Rafael Kajitani III (którego dopiero co zbudziła z drzemki i siłą wyciągnęła z plecaka), musiałby trzymać te głośniejsze.
— Wiesz, Mika, teraz to już nas chyba nic nie zaskoczy! — wyszczerzyła się do chowańca. Kot zamigał coś, co najprawdopodobniej miało oznaczać "Fajnie, że tak myślisz. Jej, może przeżyjemy".
Usłyszeli rżenie konia.
— O, może dorożki tu jeżdżą. Widzisz jakie my to ma-
Sekundę później usłyszeli jeszcze głośniejsze rżenie konia i przeraźliwy wrzask. Świst i dźwięk przypominający cięcie, a następnie tętent kopyt.
— O, może dorożki tu jeżdżą. Widzisz jakie my to ma-
Sekundę później usłyszeli jeszcze głośniejsze rżenie konia i przeraźliwy wrzask. Świst i dźwięk przypominający cięcie, a następnie tętent kopyt.
Mika z siłą godną kota pociągowego powsadzał dynie do torby i zapiął ją
najmocniej jak się dało. A chu, że przedmiot może się zapalić. Gdzie tam. Wcale. Byle by nie było widać światła, nie?
Ryuu poupychała mniejsze dynie, ciągle chichoczące sweet dumplings*, w obszernych kieszeniach kurtki.
Skulili się za drzewem i zobaczyli, że za rżenie był odpowiedzialny czarny jak gagat i obsydian koń o majestatycznej grzywie, majestatycznych kopytach, majestatycznej kitce z tyłu i majestatycznym jeźdźcu, który z nieznanego im powodu nie posiadał głowy. Jedynie szyja, na której palił się płomień i trzaskały iskry.
— Mika — szepnęła spanikowana. — Co to jest? Dullahan czy Fajermon? Bo jak matkę kocham, jeśli ta dwójka miała dziecko, to zrobili niezłą robotę.
Mika zamigał coś i przekrzywił głowę w niemym pytaniu. Ryuu zmarszczyła brwi i podrapała się po policzku. Rozumiała kilka prostych słów, a raczej kilka prostych rzeczowników. Jak nie wychodziło, zawsze pozostawały staromodne kalambury i kartka papieru. Mika nie miał wyboru i musiał przez jakiś czas dawać jej fory. Szybko migowego się nie nauczy.
Spojrzała z goryczą na chowańca
— Nie, nie mamy złota, jeśli o to ci chodzi. Mostów też nie widziałam.
Mika ponownie zamigał.
— A za co mielibyśmy mu dziękować? — Mika spojrzał się na dziewczynkę dobitnie. — Wybacz, zapomniało mi się. Ha, ha, ten stres.
Rozmowę przerwało sapanie zwierzęcia. Jeździec patrzył się na nich zaciekawiony i wyciągał rękę w stronę torby. Mika zasyczał, a Ryuu złapała chowańca i pociągnęła go do przodu. Niestety, żeby nie dać się złapać, musieliby być szybsi niż koń, co przy ich kondycji było niemożliwe.
Popędzili ścieżką w kierunku zdezelowanego przystanku, ich marnej nadziei, od której dzieliło ich tylko kilkadziesiąt stóp. Jeździec, można by powiedzieć, że dla zabawy, jechał za nimi bardzo powoli. Kpi z nas, stwierdziła Ryuu i przyspieszyła.
Ryuu poupychała mniejsze dynie, ciągle chichoczące sweet dumplings*, w obszernych kieszeniach kurtki.
Skulili się za drzewem i zobaczyli, że za rżenie był odpowiedzialny czarny jak gagat i obsydian koń o majestatycznej grzywie, majestatycznych kopytach, majestatycznej kitce z tyłu i majestatycznym jeźdźcu, który z nieznanego im powodu nie posiadał głowy. Jedynie szyja, na której palił się płomień i trzaskały iskry.
— Mika — szepnęła spanikowana. — Co to jest? Dullahan czy Fajermon? Bo jak matkę kocham, jeśli ta dwójka miała dziecko, to zrobili niezłą robotę.
Mika zamigał coś i przekrzywił głowę w niemym pytaniu. Ryuu zmarszczyła brwi i podrapała się po policzku. Rozumiała kilka prostych słów, a raczej kilka prostych rzeczowników. Jak nie wychodziło, zawsze pozostawały staromodne kalambury i kartka papieru. Mika nie miał wyboru i musiał przez jakiś czas dawać jej fory. Szybko migowego się nie nauczy.
Spojrzała z goryczą na chowańca
— Nie, nie mamy złota, jeśli o to ci chodzi. Mostów też nie widziałam.
Mika ponownie zamigał.
— A za co mielibyśmy mu dziękować? — Mika spojrzał się na dziewczynkę dobitnie. — Wybacz, zapomniało mi się. Ha, ha, ten stres.
Rozmowę przerwało sapanie zwierzęcia. Jeździec patrzył się na nich zaciekawiony i wyciągał rękę w stronę torby. Mika zasyczał, a Ryuu złapała chowańca i pociągnęła go do przodu. Niestety, żeby nie dać się złapać, musieliby być szybsi niż koń, co przy ich kondycji było niemożliwe.
Popędzili ścieżką w kierunku zdezelowanego przystanku, ich marnej nadziei, od której dzieliło ich tylko kilkadziesiąt stóp. Jeździec, można by powiedzieć, że dla zabawy, jechał za nimi bardzo powoli. Kpi z nas, stwierdziła Ryuu i przyspieszyła.
— ERNEŚCIE CALLAGHAN! Rozkazuję ci tu
przyjść! — wrzasnął ktoś z krzaków. Jeździec zamarł, a koń stanął
dęba. Ryuu i Mika również na chwilę przystanęli, ignorując zdrowy rozsądek.
Ernest zrobił ruch podobny do
westchnięcia, wskazał dwoma palcami to na Ryuu, to na siebie, a
następnie odjechał zostawiając za sobą ogniste ślady. Krewny? Żona? Co mogło przestraszyć ducha?
— ...Zgon? Rychły zgon? Jak myślisz,
groził mi? — wybełkotała z głupim wyrazem twarzy do równie przerażonego kota.
—
Zanieś je piekarzowi zanim zgasną — przemówił ktoś, wychodząc z
krzaków. Człowiek, a przynajmniej taką miała nadzieję. Wysoka postać w zmodernizowanej
japońskiej zbroi, która skrzypiała dziwnie przy każdym kroku.
Ryuu nie była przestraszona. Bardziej martwiła się faktem, że nie zna żadnego piekarza.
Obcy zdjął nakrycie głowy, sugegasę albo jingasę, Ryuu nie była pewna, i omiótł ich pogardliwym spojrzeniem świecących, jadowicie zielonych oczu.
— Em, dobry wieczór? — wydukała. — Jest pan kolegą bezgłowego pana?
Ryuu nie była przestraszona. Bardziej martwiła się faktem, że nie zna żadnego piekarza.
Obcy zdjął nakrycie głowy, sugegasę albo jingasę, Ryuu nie była pewna, i omiótł ich pogardliwym spojrzeniem świecących, jadowicie zielonych oczu.
— Em, dobry wieczór? — wydukała. — Jest pan kolegą bezgłowego pana?
— Wybacz mu, Ernest ma słabość do
dyń i kompletny brak zdolności komunikacyjnych — pstryknął, a jego czapka rozpłynęła się w powietrzu. Widmo.
Napięcie nie znikało z powietrza, ale dziewczynka postanowiła opuścić trochę gardę.
— Właśnie, gdzie on polazł? — spytała Ryuu, rozglądając się dookoła. Jeździec przepadł.
— A skąd ja mam wiedzieć? Znika, gubi się, nawet z łbem na karku był kompletną fujarą! — rozpaczał duch, łapiąc się za włosy. — OPASŁY KNUR! WYWŁOKA! SPIERDOLINA Z BAGIEN!
Ryuu odsunęła się w cień i patrzyła, jak pseudo-samuraj macha wściekle rękami. Histeryk.
Napięcie nie znikało z powietrza, ale dziewczynka postanowiła opuścić trochę gardę.
— Właśnie, gdzie on polazł? — spytała Ryuu, rozglądając się dookoła. Jeździec przepadł.
— A skąd ja mam wiedzieć? Znika, gubi się, nawet z łbem na karku był kompletną fujarą! — rozpaczał duch, łapiąc się za włosy. — OPASŁY KNUR! WYWŁOKA! SPIERDOLINA Z BAGIEN!
Ryuu odsunęła się w cień i patrzyła, jak pseudo-samuraj macha wściekle rękami. Histeryk.
— Coś się stało? Kłopoty? Toksyczna relacja? — spytała ostrożnie, nie chcąc spowodować kolejnych krzyków.
— Ach, nic, nic. Czasem się człowiekowi wymsknie jak za dużo czasu spędza na marginesie społecznym albo z kimś z marginesu społecznego.
W dokładnie tej samej chwili przyjechał bus. Ryuu i Mika szybkim krokiem podeszli do drzwi. Dziewczynka skinęła na widmo, życzyła udanych poszukiwań i z ulgą zajęła wolne miejsce. Przez chwilę patrzyła na samuraja, który ciągle głupkowato stał w miejscu, ale szybko się znudziła i wyjęła telefon, by napisać do kuzyna, który z całą pewnością był już w Rhein.
Skrzywiła się, widząc nagromadzone wiadomości i nieodebrane połączenia. Przesadziła.
Po skleceniu długiego smsa z przeprosinami, postanowiła zmarnować resztki baterii na słuchanie muzyki i bezmyślne przeglądanie portali społecznościowych i robienie quizów. Ha, ciekawe jakim rodzajem pizzy była?
Zanim się obejrzeli, minęła prawie godzina, a kierowca się zatrzymał.
— Prosz, Rhein — oznajmił sucho.
— Ale-
— Dalej nie jadę, dziewczynko. Idź prosto główną drogą. Dwadzieścia złoty się należy*.
Ryuu z niechęcią wręczyła kierowcy pieniądze i wysiadła razem z Miką z autobusu.
Stali przed ogromną bramą do zapuszczonego ogrodu botanicznego lub parku. Poza tym, nie było tu nic nadzwyczajnego. Ulica, którą odjechał bus, była z obu stron ozdobiona kamiennym murem ze zniszczoną mozaiką i tylko wejście do ogrodu urozmaicało okolicę.
— "Prosto do Rhein" mnie w tyłek — Ryuu wywróciła oczami i pchnęła bramę. Klamka zaskrzypiała przeraźliwie, a zawiasy, choć wcześniej zgrzytały, w końcu ustąpiły.
Schludnie brukowany deptak ciągnął się i rozwidlał na wszystkie strony, a czasem zamieniał się w schody lub ginął w żywopłocie uniemożliwiając dalsze przejście. Popękane marmurowe rzeźby patrzyły się martwymi oczami w przestrzeń, jakby tęskniły za czymś bliskim, a obcy i zimny ogród był dla nich więzieniem. Ryuu musiała przyznać, że niektóre z posągów naprawdę były wyjęte z kontekstu. Obok groteskowego skrzata stała onieśmielająca figura anioła o wielkich skrzydłach, a rzeźba śpiącego dżentelmena spoczywała na kamiennej szachownicy otoczona pionkami.
— Ach, nic, nic. Czasem się człowiekowi wymsknie jak za dużo czasu spędza na marginesie społecznym albo z kimś z marginesu społecznego.
W dokładnie tej samej chwili przyjechał bus. Ryuu i Mika szybkim krokiem podeszli do drzwi. Dziewczynka skinęła na widmo, życzyła udanych poszukiwań i z ulgą zajęła wolne miejsce. Przez chwilę patrzyła na samuraja, który ciągle głupkowato stał w miejscu, ale szybko się znudziła i wyjęła telefon, by napisać do kuzyna, który z całą pewnością był już w Rhein.
Skrzywiła się, widząc nagromadzone wiadomości i nieodebrane połączenia. Przesadziła.
Po skleceniu długiego smsa z przeprosinami, postanowiła zmarnować resztki baterii na słuchanie muzyki i bezmyślne przeglądanie portali społecznościowych i robienie quizów. Ha, ciekawe jakim rodzajem pizzy była?
Zanim się obejrzeli, minęła prawie godzina, a kierowca się zatrzymał.
— Prosz, Rhein — oznajmił sucho.
— Ale-
— Dalej nie jadę, dziewczynko. Idź prosto główną drogą. Dwadzieścia złoty się należy*.
Ryuu z niechęcią wręczyła kierowcy pieniądze i wysiadła razem z Miką z autobusu.
Stali przed ogromną bramą do zapuszczonego ogrodu botanicznego lub parku. Poza tym, nie było tu nic nadzwyczajnego. Ulica, którą odjechał bus, była z obu stron ozdobiona kamiennym murem ze zniszczoną mozaiką i tylko wejście do ogrodu urozmaicało okolicę.
— "Prosto do Rhein" mnie w tyłek — Ryuu wywróciła oczami i pchnęła bramę. Klamka zaskrzypiała przeraźliwie, a zawiasy, choć wcześniej zgrzytały, w końcu ustąpiły.
Schludnie brukowany deptak ciągnął się i rozwidlał na wszystkie strony, a czasem zamieniał się w schody lub ginął w żywopłocie uniemożliwiając dalsze przejście. Popękane marmurowe rzeźby patrzyły się martwymi oczami w przestrzeń, jakby tęskniły za czymś bliskim, a obcy i zimny ogród był dla nich więzieniem. Ryuu musiała przyznać, że niektóre z posągów naprawdę były wyjęte z kontekstu. Obok groteskowego skrzata stała onieśmielająca figura anioła o wielkich skrzydłach, a rzeźba śpiącego dżentelmena spoczywała na kamiennej szachownicy otoczona pionkami.
Dziewczynka urwała jedną z róż, która mimo zmatowienia, wciąż była
piękna i o wiele większa od tych, które widziała w miejskim parku. Miała
dziwne wrażenie, że całe to miejsce śpi.
Ciernie i łodygi utraciły swój kolor, z drzew spadły liście, a w ogrodzie nie było ani jednej żywej duszy oprócz Ryuu i Miki. Ciężka i przytłaczająca cisza. Na ławkach i gałęziach zebrała się imponująca ilość wron i kruków. Wierciły się, a ich krakanie zmieniło się w coś przypominającego psychodeliczny chór.
Mika obnażył zęby i wysunął pazury, gotowy do skoku.
— Zluzuj, kicia — mruknęła do chowańca Ryuu. — Jeśli ptaszyska mają jakiś biznes, to wkrótce się dowiemy. To dość inteligentne stworzenia.
Jeden z kruków przechylił główkę, nastroszył pióra i otworzył dziób. Nie wydobyło się z niego krakanie, jedynie dźwięk przypominający kaszel. Dziewczynka miała wrażenie, że się dusi, ale wyglądało na to, że ptak próbował coś powiedzieć. Charczał i syczał, męcząc malutkie gardło. W końcu, wydobyło się z niego coś przypominające "was". Niewyraźne słowo musiało przykuć uwagę innych krukowatych, bo ponownie zwróciły się ku Ryuu i Mice, przeszywając ich mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, które na pewno nie należało do zwykłego zwierzęcia. Ptaki poderwały się do lotu i otoczyły ich w kręgu, skrzecząc niemiłosiernie.
— Kwas! Kwas! Kwas! — wrzeszczały, krążąc wokół Ryuu i Miki.
Ryuu na pewno nie powinna była o tym rozmyślać w swojej obecnej sytuacji, ale chuligańskie napisy na ławkach wydawały się jej w tej chwili bardzo zabawne.
Co by się stało, gdyby Juni i Ryuu wylądowali w tawernie razem. Ocena dyń:
Ciernie i łodygi utraciły swój kolor, z drzew spadły liście, a w ogrodzie nie było ani jednej żywej duszy oprócz Ryuu i Miki. Ciężka i przytłaczająca cisza. Na ławkach i gałęziach zebrała się imponująca ilość wron i kruków. Wierciły się, a ich krakanie zmieniło się w coś przypominającego psychodeliczny chór.
Mika obnażył zęby i wysunął pazury, gotowy do skoku.
— Zluzuj, kicia — mruknęła do chowańca Ryuu. — Jeśli ptaszyska mają jakiś biznes, to wkrótce się dowiemy. To dość inteligentne stworzenia.
Jeden z kruków przechylił główkę, nastroszył pióra i otworzył dziób. Nie wydobyło się z niego krakanie, jedynie dźwięk przypominający kaszel. Dziewczynka miała wrażenie, że się dusi, ale wyglądało na to, że ptak próbował coś powiedzieć. Charczał i syczał, męcząc malutkie gardło. W końcu, wydobyło się z niego coś przypominające "was". Niewyraźne słowo musiało przykuć uwagę innych krukowatych, bo ponownie zwróciły się ku Ryuu i Mice, przeszywając ich mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, które na pewno nie należało do zwykłego zwierzęcia. Ptaki poderwały się do lotu i otoczyły ich w kręgu, skrzecząc niemiłosiernie.
— Kwas! Kwas! Kwas! — wrzeszczały, krążąc wokół Ryuu i Miki.
Ryuu na pewno nie powinna była o tym rozmyślać w swojej obecnej sytuacji, ale chuligańskie napisy na ławkach wydawały się jej w tej chwili bardzo zabawne.
Nie ma odwrotu
Zakaz palenia.
Zakaz wprowadzania policji
Truchło starej twojego starego będzie spoczywać tu na wieki
MARTYNA WYJDZIESZ ZA MNIE??
Dziewczynka zaśmiała się i ścisnęła Mikę za rękę. Ach, co za wspaniały dzień.
Da End
Co by się stało, gdyby Juni i Ryuu wylądowali w tawernie razem. Ocena dyń:
- A ta? Ta fajna biało-zielona?
- Tłumacząc dosłownie, to słodka
kluska.
- Smacznie!
Następnie, Ryuu pokazała mu zielonkawe i podłużne warzywo.
Następnie, Ryuu pokazała mu zielonkawe i podłużne warzywo.
Juni spojrzał się na nią mętnym
wzrokiem.
- To wygląda jak penis - stwierdził.
- To dynia piżmowa.
- Niewątpliwie fiut.
- Przez ciebie już chyba nigdy więcej
nie wezmę tego do ręki.
Well, everything's a dildo if you're brave enough.
Przebacz mi mamo.
*sweet dumpling to rodzaj dyni, taka mała, kolorowa.
*Zignorujcie fakt, że kilka rozdziałów wcześniej przedstawiłam tu jakąś inną wyimaginowaną walutę. Poszło. *mic drop*
Jasny panie.
Coś się skiepściło i wcześniej usunęło mi prawie połowę tekstu, więc brak posta w listopadzie i grudniu można wytłumaczyć utratą chęci do życia i wygrażaniem bloggerowi. Macie, nacieszcie się około pięcioma tysiącami słów, które pisałam w pocie i bólu, co pięć minut robiąc sobie przerwę na cukierek z porzuconego na kilka dni kalendarza adwentowego.
Niech moc będzie z Wami,






Nie wien co powiedzieć. Pochłonęłam ten rozdział. Śmiałam się co chwilę i jarałam się. Ten klimacik jest po prostu świetny. Do tego twoja umiejętność opisywania akcji. Jeju... A dialogi... Są tak naturalne i przesiąknięte esencją tegoż opowiadania, że mam ochotę bić ci za nie pokłony
OdpowiedzUsuńWeny życzę
Bruh, to ja ci tu się powinnam kłaniać :')
Usuń*awww yisss!* Podniosłaś mi ego o kilka dobrych pięter
Ten Halloween'owy klimat mnie pożarł I wypluł w całości. Nie mogę się doczekać aż Juni i Ryuu się spotkają i nakopią do dupy Shinobiemu xd pozdro!
OdpowiedzUsuń