Rozdział 3 |Arc1|

   Rozdział 3

Życie jest specem od dawania kopa w dupę.


   Sama jazda na z całą pewnością zostanie w ich pamięci na zawsze. Im dalej jechali, tym więcej anomalii ich spotykało. Dzisiaj mijał już trzeci dzień.   
   Juni nie przypominał sobie, by w ich kraju tak często występowały burze czy silne wiatry. Parę razy musieli zawrócić i wybrać inną drogę, by uniknąć obrażeń czy zniszczenia auta. Właśnie w ten sposób znaleźli się w miejscowym zajeździe, zmęczeni i głodni. Na własne życzenie oczywiście, bo jakoś nikt wcześniej nie pomyślał o zrobieniu kanapek. Ich tak zwane ''zapasy'' składały się z dwóch butli wody, mentosów i batona, którego data ważności najprawdopodobniej już upłynęła.
   Juni i Ryuu siedzieli na przy drewnianym stoliku, przebrani w nowe i czyste ubrania, czekając na Al'a, który ciągle rozmawiał z właścicielem zajazdu. Było przyjemnie i ciepło. Pomniki wystrugane z drewna i drogie automaty z napojami przypominały im o letnim obozie, na którym byli parę miesięcy wcześniej. Okolica była łudząco podobna – dwupiętrowy dom z rodzinną restauracją, mały parking i zapach iglastych drzew. No i wszelkiego rodzaju zwierzęta. Okularnik musiał dwa razy odciągać kuzynkę od próby podniesienia węża.
   — Robię to dla edukacji — żachnęła się, siorbiąc soczek kupiony za resztkę jej pieniędzy. — Tamten nawet nie był jadowity, to zaskroniec! W dodatku malutki.
   — Podobno nie lubisz biologii.  — podkreślił sztywno. Dziewczyna spojrzała na niego z wyrzutem. Co za psuj.
   — Nieistotny szczegół. Mam prawo lubić zwierzęta! — zaperzyła się i położyła nogi na stole.
   — Szczególnie te niebezpieczne. — mruknął pod nosem.
   — Czepiasz się, mój drogi kuzynie! — odgryzła się teatralnym tonem, jakby faktycznie byli na przedstawieniu. — Nie martw się. Doskonale wiem, że nie lubisz węży. — dodała półgłosem.
   Ta dwójka znała się dobrze, więc takie sceny nie były niczym dziwnym. Zbyt się lubili, by obrażać się za jakąś błahostkę. Chcąc nie chcąc, byli rodziną, więc byli na siebie skazani.
   Blondyn spojrzał się na ekran swojego telefonu.
   29 nieodebranych połączeń.
   Ciekawe, co teraz robią. Niedługo przestaną tęsknić. Dawał im pięć dni maksimum.
   Ogarnął go smutek. Z jednej strony znał ich i lubił ich do pewnego stopnia, a z drugiej, mogli się w końcu wyrwać z toksycznej atmosfery ich klasy.
   Ale czy tam gdzie jechali będzie lepiej?
   „Wśród ludzi jest się także samotnym” *
   Włączył tryb offline i schował telefon. Nie chciał o tym myśleć.
   W ich stronę podbiegł Al. Nie wyglądał na szczęśliwego.
   — Sprawa załatwiona. — oznajmił, chowając ręce do kieszeni.
   — To znaczy? Nic nam nie mówisz. — odrzekła sucho Ryuu, utkwiwszy wzrok w wujku. Strużka potu spłynęła mu po czole. Skinięciem wskazał, by usiedli przed nim.
   — Wasi rodzice poprosili mnie, bym zawiózł was do Rhein. Sprawy się trochę skomplikowały i najwyraźniej będziecie musieli pojechać tam sami. — westchnął. Dzieci z niedowierzaniem spojrzały na wujka.
   — Masz na myśli to podejrzane miasto w regionie Danake? — zdziwił się Juni. Z tego co wiedział, rzadko kto się tam zapuszczał.
   — Możesz wytłumaczyć wszystko od początku? 
   Mężczyzna podrapał się po głowie.
   — Jest jakaś poważna afera w Kamie i...
   — A nie byłoby o tym w wiadomościach? — zapytał okularnik.
   — Media tuszują co się da, więc nie licz nawet na wzmiankę. Kama to teraz jedno wielkie miasto tabu. Jak już wcześniej mówiłem, jest afera i poproszono waszych rodziców o pomoc. Nie mogę powiedzieć nic więcej, bo to niebezpieczne. — tu odwrócił wzrok, sprawdzając czy nikt ich nie obserwuje. — Tak samo jak wezwano ich, wezwano i mnie. Chcą bym przyjechał natychmiast.
   — Ale kto chce?
   — Nieważne! W każdym razie, w Rhein będziecie bezpieczni. Z niewiadomego mi powodu wybrali to miejsce, więc nie zadawać pytań, bo ja też prawie nic nie wiem. Nikomu nie ważcie się podawać swojego nazwiska lub kim są wasi rodzice. To może skutkować bardzo nieprzyjemnymi konsekwencjami. 
   — A co później? Jak już się tam znajdziemy, to co dalej? — zapytała dziewczyna. Nie podobała jej się ta sytuacja. Jechali do praktycznie nieznanego im miejsca, nie wiedząc nawet czy będą mieli gdzie mieszkać lub czy będą mogli normalnie żyć.
   — Z tego co wiem, w mieście znajduje się kilka osób, które mogą wam pomóc. — dał Ryuu cztery podpisane zdjęcia.
   — Jak to ''mogą''? Chcesz powiedzieć, że nawet nie wiemy, czy któreś z nich się na to zgodzi? Rozumiem, jasne, siła wyższa, ale nie da się tego załatwić inaczej?
Al spoważniał. Położył chłopcu rękę na ramieniu i siląc się na spokojny ton powiedział:
   — Może to brzmi jak z durnego show, ale w tej chwili zmuszeni jesteście do kompletnej samowolki. Nie mam wpływu na waszą decyzję, ale podsunięcie was komuś zaufanemu wydawało się najrozsądniejsze. Ja sam przeważnie jestem lekkomyślny, ale metody wychowawcze mojego rodzeństwa nieco mnie przerażają. Za tą wolnością jest haczyk. Świat nie jest przyjaznym miejscem i musicie się liczyć z tym, że ktoś mógłby próbować was skrzywdzić. Szczególnie jak się ma takich starych — tu pozwolił sobie na śmiech, zbijając ich kompletnie z tropu. — W tej chwili wasze życie stało się jedną wielką sztuką przetrwania.
   Serca dzieci wypełniła dziwna euforia i strach. Pozostawał problem ze szkołą, policją i innymi nieprzyjemnymi rzeczami, ale z drugiej strony mieli możliwość życia w sposób, o jakim nie śmieli marzyć.
   Właściwie to nawet nie mieli wyboru. 
   Mężczyzna wręczył im dwa bilety. 
   — Podwiozę was do Meru. Pociąg odjeżdża z peronu trzeciego o siedemnastej. Wysiądziecie w Vienne. Później macie przesiadkę i jedziecie do Ver, skąd jest bardzo blisko do Rhein. Proste? Proste.
   Kiwnęli głowami całkowicie pogodzeni ze swoim losem. 
   Powoli wsiedli do auta. Nikt się nie odzywał. 
   Ryuu starała się nie myśleć, co może ich czekać. Jak zostało wspomniane kilka postów wcześniej, istniało coś takiego jak magia. Jeśli istniała magia, istniały istoty z niej zrodzone, jeśli w ogóle istniały jakieś istoty, to musiały istnieć również te nieprzyjemne. Wzdrygnęła się i uśmiechnęła. Będzie zabawnie. Nabrała ochoty, by przejść się po polu. Bardzo chciała zobaczyć Południcę.
   Droga nie była długa. Po kilkunastu minutach las zaczął się przerzedzać, ukazując niewielkie miasto. Domy wyglądały na zadbane, racząc przejeżdżających najróżniejszymi kwiatami i miłymi dla oka kolorami. Ulice nie były tłoczne, co ułatwiało jazdę. Niestety, sam dworzec sprawiał wrażenie obskurnego i opuszczonego. 
   Niepewnie weszli do środka i wmieszali się w tłum ludzi. Wnętrze okazało się większe i jeszcze brudniejsze niż sądzili. Przepychając się, w końcu udało im się dostać do przejścia na peron. 
   Juni i Ryuu usiedli na zakurzonej ławie i odetchnęli z ulgą. Zagrzmiało i powoli zaczęło kropić. 
   — A, byłbym zapomniał — oznajmił Al, wręczając im grubą kopertę. — Dziesięć tysi, byście z głodu nie umarli i żeby ten pechowiec, co będzie musiał was niańczyć, przypadkiem się nie zabił.
   — Dziesięć tysięcy sanów?!* — wykrzyknęła Ryuu, patrząc na wujka, jakby postradał zmysły.
   — Spokojnie, to zrzuta z kasy waszych rodziców, plus wasze-
   Rozmowę zagłuszył przejeżdżający pociąg.
   Ryuu spojrzała na staromodny zegar wiszący nad nimi. Do przyjazdu zostało 10 minut. Deszcz i wiatr nasilały się. Otuliła się szczelniej bluzą i spojrzała na szare niebo. Nie wyglądało na to, że pogoda szybko się poprawi.
   — Chyba czas się pożegnać. — bąknęła. Razem z Juni'm podeszła do Al'a i mocno go przytuliła. Mężczyzna odwzajemnił uścisk i poczochrał ich po włosach.
   — Nie zabić mi się tam.
Gdy pociąg podjechał, a dzieci zajęły swoje miejsca w wagonie, znowu odczuły pewien brak i nagłą utratę ważnej dla nich rzeczy. Wychylili się przez okno i ostatni raz pomachali wujkowi. Pociąg ruszył, a dzieci zdały sobie sprawę z jeszcze jednej, bardzo ważnej sprawy
Właśnie robili najgłupszą i najbardziej absurdalną rzecz w swoim życiu, a szanse, by się z niej wycofać wynosiły zero.


*  „Wśród ludzi jest się także samotnym” - cytat z Małego Księcia, który bardzo lubię.
* Waluta nie jest aż taka skomplikowana. 1 san to 100 centów. Nie radziłabym porównywać tego z naszymi pieniędzmi. Ich dziesięć tysi jest trochę mniej warte od naszych, ale to nadal sporo.

Komentarze

  1. Jak śmiecie nie jeść batonów! Potem są przeterminowane. No naprawdę, jak można?!
    Ja tam lubię węże! Nawet bardzo! Fani wężowideł łączmy się!
    No to teraz zaczyna się impreza! Aż się zastanawiam, co takiego Ryuu i Juni wymyślą, skoro skazani są na samowolkę. No a wój? Co żeś narobił, facet? ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i dlaczego rodzice Ryuu oraz Juniego są w to wplątani? Mmm...

      Usuń
    2. *wuj
      Tego nikt nie widział. ;P

      Usuń
    3. Powiedzmy, że ich rodzice to ekscentryczni ludzie XD Ale dzieciaki mądre, więc albo jeszcze bardziej się wplączą, albo na jakiś sposób przeżyją.
      Ghhh, sneki są cudowne :3
      Wujaszek Al? Są gorsi od niego, uwierz mi (lol). Ryuu i Juni jeszcze sporo świrów spotkają, ale jak na razie w kwestii bycia "tym spierniczającym sprawy bohaterem" Al ma solidne 4/10!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 13 |Arc4|

Rozdział 1 |Arc1|

Rozdział 14 |Arc4