Rozdział 9 |Arc3|
Rozdział 9
When there’s no cops around, anything’s legal!
Jeśli chcesz odczuć jakieś mocniejsze feelsy podczas czytania, wpisz na yt ambient creepy music z kanału soul candle, bo moja groza ssie i tylko coś mhrocznego polepszy ten kicz.
mroczny kicz
zgadza się
Shinobi zniknął. Juni nie miał pojęcia, co robić. Ścieżka, którą poszła jego kuzynka pół godziny wcześniej również zniknęła. Chłopak słyszał kiedyś o nawiedzonych lasach, ale nie sądził, że w tym rejonie wszystko będzie nasączone magią. Krzyczał, próbował zadzwonić, nawet polazł w krzaki, ale skończyło się na uciekaniu przed wężem.
Zrezygnowany westchnął i skierował się w stronę opuszczonego szlaku, mając nadzieję, że znajdzie Ryuu albo chociaż Shinobi'ego, którego w tej chwili przeklinał.
Nie było tak źle - żadnego błota, dzikich zwierząt czy zboczeńców. O ghule i resztę podobnego cholerstwa się nie martwił. Większość z nich nie lubiła dnia. Tylko ile im zajmie dostanie się do Rhein?
Nie było tak źle - żadnego błota, dzikich zwierząt czy zboczeńców. O ghule i resztę podobnego cholerstwa się nie martwił. Większość z nich nie lubiła dnia. Tylko ile im zajmie dostanie się do Rhein?
Przyspieszył. Musiał tylko iść tą drogą, prawda? Zacisnął ręce na ramiączkach plecaka i wziął głęboki oddech. Nic nie mogło go zaskoczyć w biały dzień. Zaczął się rozglądać. Nie było tak źle. Góry majaczące w oddali, mnóstwo zieleni i świeże powietrze przypominały mu o ich biwakach, koloniach i wyjazdach do dziadków.
Na pewno nie jest tak źle.
***
Było tak źle. Ryuu przedzierała się przez krzaki, kichając i burcząc pod nosem teksty od "Shinobi, ty kanciarzu" przez "fuj, łajno" na "o, złotówka" kończąc. Drzewa i liście były tak gęste, że światło ledwo co się dostawało do lasu. Przeklęte świetliki i brak aktualizacji na wattpadzie.
Wyciągnęła kompas. Wskazówka obracała się chwilę, po czym zatrzymała się. Nieco pewniejszym krokiem poszła do przodu, analizując wszystko, co zwróciło jej uwagę. Mniszki pojawiły się ponownie. Z tego co wiedziała, był to dobry znak oznaczający czystość, brak złej energii i negatywnych emocji. Nie licząc jej oczywiście, ponieważ Ryuu nie była nawet w stanie powiedzieć, jak bardzo była przerażona w tej chwili. Czuła się jak kłębek zduszonych krzyków i nastoletniej desperacji.
Zachód, zachód, zachód...
Właśnie, powinna skupić myśli na czymś prostym. Na zachód, do zielonego szlaku przy górze. Starała się nie myśleć o tym, co może czekać ją tu po zmierzchu. Na samą myśl o ghulu łzy napłynęły jej do oczu.
— Momoo, wyłaź, błagam cię, pierdzielę, czuję się jak w jakimś Blair Witch Project! — wyjęczała, zdejmując plecak i otwierając jedną z kieszeni. Rudy kot wychylił głowę, ziewnął i otarł się o policzek właścicielki dodając jej otuchy.
— Przesadzasz.
Znowu to samo. Na pewno traciła zmysły. Tylko szkoda, że przeterminowane mentosy się skończyły. Spojrzała na zwierzę, które w tej chwili wpatrywało się w nią leniwie, nadzwyczajnie zrelaksowane.
— Nie rób takiej miny, dobrze wiesz, co mówiła o mnie twoja babcia.
— Myślałam, że żartowała... Nie, wróć, przecież niektóre chowańce potrafią mówić! — złapała się za głowę i prychnęła zastanawiając się, jak mogła się nie zorientować. W dodatku jej własny kot miał z niej bekę.
W nieco lżejszej atmosferze ruszyła dalej.
— Nadal nie mam pojęcia skąd cię wytrzasnęła...
Zachód, zachód, zachód...
Właśnie, powinna skupić myśli na czymś prostym. Na zachód, do zielonego szlaku przy górze. Starała się nie myśleć o tym, co może czekać ją tu po zmierzchu. Na samą myśl o ghulu łzy napłynęły jej do oczu.
— Momoo, wyłaź, błagam cię, pierdzielę, czuję się jak w jakimś Blair Witch Project! — wyjęczała, zdejmując plecak i otwierając jedną z kieszeni. Rudy kot wychylił głowę, ziewnął i otarł się o policzek właścicielki dodając jej otuchy.
— Przesadzasz.
Znowu to samo. Na pewno traciła zmysły. Tylko szkoda, że przeterminowane mentosy się skończyły. Spojrzała na zwierzę, które w tej chwili wpatrywało się w nią leniwie, nadzwyczajnie zrelaksowane.
— Nie rób takiej miny, dobrze wiesz, co mówiła o mnie twoja babcia.
— Myślałam, że żartowała... Nie, wróć, przecież niektóre chowańce potrafią mówić! — złapała się za głowę i prychnęła zastanawiając się, jak mogła się nie zorientować. W dodatku jej własny kot miał z niej bekę.
W nieco lżejszej atmosferze ruszyła dalej.
— Nadal nie mam pojęcia skąd cię wytrzasnęła...
***
Słońce skryło się za kilkoma pojedynczymi chmurami. Droga stała się nierówna i wąska. Juni z nudów włączył swoje antyczne mp3 i równym tempem szedł naprzód. Co jakiś czas mijał namalowane na drzewach niebieskie paski, które jedynie wzmacniały jego poczucie bezpieczeństwa.
Skrzypy i trzaski przestały go martwić, bo w większości przypadków okazywało się, że była to wiewiórka albo spłoszona sarna.
Marzył o spotkaniu satyra albo innego ciekawego stworzenia. Oczywiście takiego, które go nie zabije, rzecz jasna.
Poczuł silny powiew wiatru. Zrobiło się chłodniej. Pociągnął nosem i otulił się szczelniej kurtką. Ciekawe, co u Ryuu, pomyślał, spoglądając do tyłu.
Coś było nie tak.
Kolejny raz w tym tygodniu odczuł nieprzyjemne ukłucie w okolicy żołądka. Doskonale wiedział, że droga, którą szedł jeszcze kilka chwil temu była prosta. Z niedowierzaniem patrzył na rozwidloną ścieżkę, pełną cierni i niezbyt zachęcających chaszczy.
— Co tu się odwala? Panie, ja się tak nie bawię... — mruknął do siebie, marszcząc brwi. Po chwili westchnął i obrócił się, by stanąć twarzą w twarz z dziwnym posążkiem. Figura musiała mieć ponad półtora metra. Przestawiała kilka karykaturalnych twarzy. Pierwsza z góry wykrzywiona była w grymasie przerażenia, druga złości, trzecia smutku, a ostatnia kojarzyła się blondynowi jedynie z czystą szajbą.
Gdyby nie okoliczności, najpewniej zrobiłby dziwnemu obiektowi zdjęcie, a następnie wysłałby je do Ryuu z dopiskiem "Ej, to wygląda jak ty, gdy oglądamy Titanica". Uśmiechnął się i pogratulował sobie w duchu tak zacnego tekstu.
Ryuu zapewne odpisała by "Nigdy go nie oglądaliśmy".
Wyszczerz zrzedł. To prawda.
Ostrożnie ominął posążek i rzucił się do ucieczki. Nie wiedział czemu, ale coś mu podpowiadało, że nie powinien tu być. I dobrze. Nie był jakimś idiotą z taniego horroru, który zawsze wejdzie tam, gdzie nie trzeba.
Kątem oka dostrzegł, że po bokach drogi również znajdują się podobne figury. Wystawały spomiędzy wysokiej trawy jak ogromne krasnale ogrodowe. Może miejscowi praktykowali voodoo? Ewentualnie mieli wyjątkowo tandetny i szpanerski gust. Prychnął. Czy jest tu gdzieś biuro turystyczne, do którego mógłby złożyć zażalenie?
Ścieżka powoli się rozszerzała. Zanim się obejrzał, znalazł się na polanie pełnej małych drewnianych chatek. Zatrzymał się przy powykrzywianym drogowskazie. Pierwsze zdanie było nabazgrane jaskrawo czerwoną farbą, jakby w pośpiechu. Następne słowa zapisane były starannym i schludnym pismem. Czerń i czerwień kontrastowały na tle jasnego drewna nadgryzionego już przez ząb czasu.
Poczuł silny powiew wiatru. Zrobiło się chłodniej. Pociągnął nosem i otulił się szczelniej kurtką. Ciekawe, co u Ryuu, pomyślał, spoglądając do tyłu.
Coś było nie tak.
Kolejny raz w tym tygodniu odczuł nieprzyjemne ukłucie w okolicy żołądka. Doskonale wiedział, że droga, którą szedł jeszcze kilka chwil temu była prosta. Z niedowierzaniem patrzył na rozwidloną ścieżkę, pełną cierni i niezbyt zachęcających chaszczy.
— Co tu się odwala? Panie, ja się tak nie bawię... — mruknął do siebie, marszcząc brwi. Po chwili westchnął i obrócił się, by stanąć twarzą w twarz z dziwnym posążkiem. Figura musiała mieć ponad półtora metra. Przestawiała kilka karykaturalnych twarzy. Pierwsza z góry wykrzywiona była w grymasie przerażenia, druga złości, trzecia smutku, a ostatnia kojarzyła się blondynowi jedynie z czystą szajbą.
Gdyby nie okoliczności, najpewniej zrobiłby dziwnemu obiektowi zdjęcie, a następnie wysłałby je do Ryuu z dopiskiem "Ej, to wygląda jak ty, gdy oglądamy Titanica". Uśmiechnął się i pogratulował sobie w duchu tak zacnego tekstu.
Ryuu zapewne odpisała by "Nigdy go nie oglądaliśmy".
Wyszczerz zrzedł. To prawda.
Ostrożnie ominął posążek i rzucił się do ucieczki. Nie wiedział czemu, ale coś mu podpowiadało, że nie powinien tu być. I dobrze. Nie był jakimś idiotą z taniego horroru, który zawsze wejdzie tam, gdzie nie trzeba.
Kątem oka dostrzegł, że po bokach drogi również znajdują się podobne figury. Wystawały spomiędzy wysokiej trawy jak ogromne krasnale ogrodowe. Może miejscowi praktykowali voodoo? Ewentualnie mieli wyjątkowo tandetny i szpanerski gust. Prychnął. Czy jest tu gdzieś biuro turystyczne, do którego mógłby złożyć zażalenie?
Ścieżka powoli się rozszerzała. Zanim się obejrzał, znalazł się na polanie pełnej małych drewnianych chatek. Zatrzymał się przy powykrzywianym drogowskazie. Pierwsze zdanie było nabazgrane jaskrawo czerwoną farbą, jakby w pośpiechu. Następne słowa zapisane były starannym i schludnym pismem. Czerń i czerwień kontrastowały na tle jasnego drewna nadgryzionego już przez ząb czasu.
UWAGA NA JIKININKI
20 minut drogi na północ do jeziora topielców
zachowaj czujność
pod żadnym pozorem nie idź tą drogą na Babiego Truposza
zawróć i idź zachodnią ścieżką
Przełknął ślinę. Jikininki? Będzie musiał szybko się stąd wydostać. Szybkim krokiem ruszył do przodu zerkając co chwilę na zdezelowane chatki z powybijanymi oknami. Zastanawiał się, co mogło się tutaj wydarzyć. Choć szczerze mówiąc, to raczej nie chciał tego wiedzieć. Mógłby przysiąc, że ciemna substancja rozbryzgana na jednym z płotów to krew.
Usłyszał ciche kliknięcie. Odskoczył i poczuł stwardnienie pod stopą. Coś złotego zabłyszczało w trawie. Przykucnął i podniósł mały przedmiot, który okazał się zegarkiem kieszonkowym.
Otworzył go. W środku wygrawerowane były słowa, których nie był w stanie odczytać, nie ważne jak się starał. Z tyłu urządzenia, małymi ozłoconymi literami napisano kilka prostych zdań.
Zegarek urokoodporny
Stworzony z pomocą Billy&Ben's
Wyglądał tak samo jak ten, który należał do Shinobiego. Schował go do kieszeni i odszedł na bezpieczną odległość od chatek rozglądając się uważniej, by przypadkiem znowu na coś nie nadepnąć. Zamarł, gdy usłyszał ciche skrobanie i chrapliwe dyszenie. Powoli odwrócił się i omal nie wrzasnął. Coś wychodziło z krzaków. Bardzo powoli.
Czołgający się stwór wyglądał jak poszarzałe łyse zwłoki. Długie kościste palce na przemian puszczały i zaciskały się na płocie. Jego nogi były nienaturalnie powykrzywiane. Świecące się oczy, a raczej oczodoły z jasnymi punktami w środku utkwiły wzrok w Junim, który stał sparaliżowany. Blade i zakrwawione usta wyszczerzyły się, ukazując równy rząd długich i cienkich jak igły zębów.
Jikininki.
Schrzanił.
Czołgający się stwór wyglądał jak poszarzałe łyse zwłoki. Długie kościste palce na przemian puszczały i zaciskały się na płocie. Jego nogi były nienaturalnie powykrzywiane. Świecące się oczy, a raczej oczodoły z jasnymi punktami w środku utkwiły wzrok w Junim, który stał sparaliżowany. Blade i zakrwawione usta wyszczerzyły się, ukazując równy rząd długich i cienkich jak igły zębów.
Jikininki.
Schrzanił.
Da End
Niedługo kolejny rozdział, ale jak na razie mam ochotę obejrzeć Strażnika Teksasu.
ZA JE BI STE
OdpowiedzUsuńco do klimatu grozy
Na pewno wychodzi ci to lepiej niz mnie
Szacun
Rozdział cudowny i czekam na więcej
Zegarki są bardzo spoko i dobrze o tym wiesz
Dzięki, bro :D
Usuńjakoś dam sobie radę z tym szajsem
lol