Rozdział 11 |Arc3|
Rozdział 11
Zdziczeliśmy. Problem?
Juni nie czuł się zbyt dobrze. W zasadzie każdy nie czułby się dobrze, gdyby stał naprzeciwko jedzącego zwłoki demona z lasu. Zaczął wycofywać się powoli. Jikininki powoli człapał w jego stronę. Twarz ducha nie zmieniała wyrazu, oczy nie mrugały. Jedyne co się ruszało, to długi i obślizgły czerwony język, który na chwilę wychylił się z jego ust.
Przypomniał mu się słoneczny dzień pod koniec czerwca, kiedy on i Ryuu siedzieli w jednej z kawiarni na rynku. Tuż po zakończeniu roku szkolnego. W strojach galowych, ze stypendiami w rękach i prezentami od dumnych krewnych czuli się jak bardzo ważne osobistości.
Juni słuchał uważnie, jak jego kuzynka gestykulowała wściekle niczym maniak teorii spiskowych, opowiadając mu o dziwactwach tutejszej fauny i flory.
Jikininki są rzadkością w dzisiejszych czasach. Pogorszyło się najmocniej po rozpowszechnieniu strzeżonych cmentarzy. Jest wiele legend na temat jak powstały Jikininki. Jedni mówią, że są to duchy chciwych ludzi albo kanibali. Inni twierdzą, że to martwi kapłani, którzy zeszli na złą drogę. Pozostaje jeszcze jedna opcja - to demony uformowane z negatywnej energii, co jest najczęstszym powodem pojawiania się tego typu istot.
Tak czy inaczej, miały tylko jeden cel i zadanie. Męczone wiecznym głodem i pustką polują na ludzkie zwłoki, a czasem na jeszcze żywe osoby. Kierują się instynktem. Jedzą, by przeżyć.
Z przerażeniem patrzył jak stwór czołga się coraz szybciej. Zdusił w sobie krzyk, gdy demon przekręcił nienaturalnie swoją głowę, nie przerywając przenikliwego spojrzenia. Wyszczerzył się jeszcze bardziej. Od Juni'ego dzieliło go jedynie kilka metrów.
Zaczął się rozglądać w poszukiwaniu jakiegoś przedmiotu albo wskazówki, która mogłaby mu pomóc wykaraskać się z tej sytuacji. Żałował, że przysnął, kiedy Ryuu wyjaśniała mu jak obchodzić się z podobnymi stworzeniami. Choć zapewne i jego kuzynka kompletnie o tym zapomniała.
Gdy Jikininki zbliżył się jeszcze bardziej, sięgnął do kieszeni. Trzęsącymi się dłońmi wyjął zegarek.
Naprawdę tu zginie? Nie mieściło mu się to w głowie. Ma w głowie tyle planów, pomysłów...
Co zrobi Ryuu? Nie może zostawić kuzynki samej. Oczy mu zapiekły. Przecież ona nie potrafi samodzielnie zrobić prania.
Uczucie bezradności zmieniło się w czystą irytację. Nie wspominając, że Ryuu wisi mu dość sporą sumkę. Zazgrzytał zębami, zmarszczył nos i spojrzał prosto w oczy tego głodnego ścierwa, które zamierzało zniweczyć wszystkie jego plany. Wziął głęboki oddech. Z jego ust wydobył się okrzyk wojenny.
— PIERDOL SIĘ!
Naprawdę tu zginie? Nie mieściło mu się to w głowie. Ma w głowie tyle planów, pomysłów...
Co zrobi Ryuu? Nie może zostawić kuzynki samej. Oczy mu zapiekły. Przecież ona nie potrafi samodzielnie zrobić prania.
Uczucie bezradności zmieniło się w czystą irytację. Nie wspominając, że Ryuu wisi mu dość sporą sumkę. Zazgrzytał zębami, zmarszczył nos i spojrzał prosto w oczy tego głodnego ścierwa, które zamierzało zniweczyć wszystkie jego plany. Wziął głęboki oddech. Z jego ust wydobył się okrzyk wojenny.
— PIERDOL SIĘ!
Pod napływem gniewu rzucił zegarkiem jak najmocniej mógł w głowę demona. Poczuł lekki dyskomfort. Powoli zmieniał się w Ryuu. Ona też rzucała losowymi przedmiotami w ludzi. Cela miała średniego, ale praktyka czyni mistrza.
Jiki zaskrzeczał. Trafił prosto w oko.
Rzucił się do ucieczki na chwiejnych nogach. Za sobą słyszał dziwne dzwonienie i rozchodzące się ciepło. Przyspieszył. Jeszcze cieplej. Zaciekawiony odwrócił się i został oślepiony przez słup światła, który przyciągał go jak magnes, dosłownie. Bardzo szybko. Stracił równowagę. Właściwie to już w ogóle nie trzymał się ziemi. Był zbyt zdumiony, by nawet się odezwać.
Przez chwilę utrzymał kontakt wzrokowy z duchem, który bez przerwy skrzeczał, syczał, prychał i rzucał się w amoku, starając się zejść z rozświetlonego terenu.
Wrzasnął, gdy pazury potwora rozcięły skórę na jego ramieniu. Ogromny ból rozszedł się po jego ciele.
Juni myślał tylko o jednej rzeczy.
Jiki zaskrzeczał. Trafił prosto w oko.
Rzucił się do ucieczki na chwiejnych nogach. Za sobą słyszał dziwne dzwonienie i rozchodzące się ciepło. Przyspieszył. Jeszcze cieplej. Zaciekawiony odwrócił się i został oślepiony przez słup światła, który przyciągał go jak magnes, dosłownie. Bardzo szybko. Stracił równowagę. Właściwie to już w ogóle nie trzymał się ziemi. Był zbyt zdumiony, by nawet się odezwać.
Przez chwilę utrzymał kontakt wzrokowy z duchem, który bez przerwy skrzeczał, syczał, prychał i rzucał się w amoku, starając się zejść z rozświetlonego terenu.
Wrzasnął, gdy pazury potwora rozcięły skórę na jego ramieniu. Ogromny ból rozszedł się po jego ciele.
Juni myślał tylko o jednej rzeczy.
Zabierzcie mnie stąd.
Jak na zawołanie, zrobiło się jeszcze cieplej i jaśniej. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Stawał się coraz bardziej seny.
Już wiedział co robić.
Jak na zawołanie, zrobiło się jeszcze cieplej i jaśniej. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Stawał się coraz bardziej seny.
Już wiedział co robić.
***
Ryuu szła razem z byakko przez błotnistą drogę. Zielony pasek namalowany na drzewach świecił się delikatnie w mroku. Cykające świerszcze były jedynym odgłosem, który rozpoznawała. Albo był to jedyny dźwięk, który w miarę przypominał odgłosy z normalnego lasu.
— Nie odwracaj się — mruknął jeden z lisów do dziewczynki.
— Nie odwracaj się — mruknął jeden z lisów do dziewczynki.
— Mówiłem ci, żebyśmy szli krzakami! — syknął drugi. — Do tego szlak się rozgałęzia! Jeśli wciąż będziemy iść prosto, to utkniemy w Gaju Jubokko*!
— To te drzewa rosną w tym regionie?! — zdziwiła się Ryuu.
— One rosną wszędzie — poprawiły ją lisy. Ryuu przeszły dreszcze.
— Czyli ludzie tylko mówią, że są wyjątkowo rzadkie, by nie siać paniki?
— Czyli ludzie tylko mówią, że są wyjątkowo rzadkie, by nie siać paniki?
— Dokładnie.
Na twarzy Ryuu pojawiła się mina bardzo zmęczonego życiem człowieka. Nie pisała się na to. Od kilku dni wszystko na nią polowało, czyhało, złorzeczyło albo najzwyczajniej w świecie ignorowało lub zostawiało. Miała po dziurki w nosie całej tej sytuacji. Jedyne co chciała teraz zrobić, to iść naprzód.
Wujek mówił, że ich życie zmieni się diametralnie. Była za to wdzięczna. Miała dość tej rutyny.
Może razem z kuzynem nie zostali jakimiś wybrańcami ani nie wplątali się w poważną intrygę (jeszcze), ale oboje zamierzali wykorzystać tą szansę i przestać użalać się nad sobą i swoim życiem.
Teraz to ona przejmie stery. Dowie się, co się dokładniej stało z rodzicami i wszystko wróci do normy. Rhein to stacja numer jeden.
— STOP! — krzyknął głos za nimi. — Zapomniałam wam coś powiedzieć! — wydyszała wiedźma z wcześniej. Biegła. Oho, będzie gorzej.
Byakko zatrzymały się gwałtownie. Ryuu wpadła na nie z głuchym "oompf!". Skrzywiła się i spojrzała na kobietę, która w tej chwili prezentowała się dość elegancko mimo zmęczenia. Zrezygnowała z płaszcza i miała teraz na sobie jedynie czarno-białą garsonkę w prążki. Usta były pociągnięte krwistoczerwoną szminką, a na prawej piersi pod przypiętą różą widniała plakietka z imieniem "Cynthia". Wyglądała bardziej jak arystokratka czy ekscentryczna bizneswoman niż wiedźma goniąca dziecko po lesie. Ryuu ze zdumieniem patrzyła na jej nieskazitelnie czyste czerwone szpilki stojące tuż przy ogromnej kałuży błota. Już widziała zawistną minę swojej mamy, gdyby tu była.
— Więc, co ma pani do powiedzenia? — zapytała Ryuu nie przerywając kontaktu wzrokowego z parą butów wiedźmy. Jak można w czymś takim chodzić? Babka najwyraźniej lubiła wyzwania.
— Em, chodzi o demony i ogółem możliwość przeżycia... — zaczęła. — Drobna wskazówka i bonus, byś tu nie zginęła, tak z grubsza mówiąc.
— Zamieniam się w słuch — mruknęła dziewczynka, przecierając podkrążone oczy.
— Na pewno słyszałaś, zauważyłaś i najprawdopodobniej już wiesz, że coś może chcieć i próbować cię zabić. Najpierw muszę ci wyjaśnić dlaczego.
— A to potrzeba powodu?
Cynthia zrobiła bardzo niewygodną minę. Czyli nie, nie do końca trzeba mieć powód. Czarownica wzięła głęboki oddech.
— Najlepiej iść z piosenką na ustach! — rozpromieniła się, a Ryuu zdała sobie sprawę, że ostatni płomyk nadziei właśnie zgasł. Czy w tym miejscu nie było żadnych zdrowych na umyśle ludzi? Ludzi poważnych? Właśnie przedziera się przez nawiedzony las, a to magiczne babsko radzi jej śpiewać?
Od razu skarciła się w myślach. Ona również nie należała to zbytnio poważnych ludzi.
— Wątpię, że to zadziała. Przecież próbowały mnie zabić. — stwierdziła zgorszona.
— Och, nie miej im tego za złe. — machnęła ręką. — To powinno wystarczyć — pochyliła się nad Ryuu i cmoknęła ją w czoło.
— Proszę?
— Raczej "dziękuję". Nie rozpoznały cię. Każdy człowiek urodzony tutaj posiada znamię. Trochę jak tabliczka rejestracyjna albo dowód osobisty. Cóż, nietutejsi mają trochę gorzej. Jak myślisz, skąd się wzięły te wszystkie haniebne recenzje w internecie? Wyjątkowo duża aktywność paranormalna nie sprzyja turystyce.
— Jeśli tak stawiasz sprawę, wszystko wydaje się bardziej zrozumiałeponiekąd. Wiesz może, gdzie jest Juni? Nic mu nie jest?
— Twój kuzyn miał o tyle szczęścia, że miał ze sobą przedmiot obłożony zaklęciem obronnym.
Wielki kamień spadł z serca Ryuu.
— Coś jeszcze?
— Staraj się za bardzo nie zamartwiać czy nakręcać. One wyczuwają negatywne emocje i słabości ludzkiego serca, nasze koszmary. Idź prosto i pewnie wyznaczoną drogą, a masz pewność, że cię nie skrzywdzą.
Kiwnęła głową i odwróciła się.
— Git. I... naprawdę dziękuję! — wiedźma już zniknęła, zostawiając za sobą ślad z konfetti. Lisy otarły się o Ryuu, dając jej znak, by szli dalej.
Cynthia zrobiła bardzo niewygodną minę. Czyli nie, nie do końca trzeba mieć powód. Czarownica wzięła głęboki oddech.
— Najlepiej iść z piosenką na ustach! — rozpromieniła się, a Ryuu zdała sobie sprawę, że ostatni płomyk nadziei właśnie zgasł. Czy w tym miejscu nie było żadnych zdrowych na umyśle ludzi? Ludzi poważnych? Właśnie przedziera się przez nawiedzony las, a to magiczne babsko radzi jej śpiewać?
Od razu skarciła się w myślach. Ona również nie należała to zbytnio poważnych ludzi.
— Wątpię, że to zadziała. Przecież próbowały mnie zabić. — stwierdziła zgorszona.
— Och, nie miej im tego za złe. — machnęła ręką. — To powinno wystarczyć — pochyliła się nad Ryuu i cmoknęła ją w czoło.
— Proszę?
— Raczej "dziękuję". Nie rozpoznały cię. Każdy człowiek urodzony tutaj posiada znamię. Trochę jak tabliczka rejestracyjna albo dowód osobisty. Cóż, nietutejsi mają trochę gorzej. Jak myślisz, skąd się wzięły te wszystkie haniebne recenzje w internecie? Wyjątkowo duża aktywność paranormalna nie sprzyja turystyce.
— Jeśli tak stawiasz sprawę, wszystko wydaje się bardziej zrozumiałe
— Twój kuzyn miał o tyle szczęścia, że miał ze sobą przedmiot obłożony zaklęciem obronnym.
Wielki kamień spadł z serca Ryuu.
— Coś jeszcze?
— Staraj się za bardzo nie zamartwiać czy nakręcać. One wyczuwają negatywne emocje i słabości ludzkiego serca, nasze koszmary. Idź prosto i pewnie wyznaczoną drogą, a masz pewność, że cię nie skrzywdzą.
Kiwnęła głową i odwróciła się.
— Git. I... naprawdę dziękuję! — wiedźma już zniknęła, zostawiając za sobą ślad z konfetti. Lisy otarły się o Ryuu, dając jej znak, by szli dalej.
Nie wiedziała ile godzin już szła, ale miała pewność, że wystarczająco dużo, by zasłużyć na przerwę i naklejkę dla grzecznego pacjenta. Drzewa stały się rzadsze i cieńsze. Znowu pojawiła się mgła. Było o wiele jaśniej niż wcześniej i chodzenie było o niebo łatwiejsze. Jedyny problem stanowiły grube korzenie, o które bez przerwy się potykała oraz gęste krzaki i spróchniałe kłody, które blokowały drogę.
Zaburczało jej w brzuchu. Prowiant już się skończył. Została tylko woda. Trudno, będzie musiała wytrzymać, nawet jeśli czeka ją jeszcze długa droga.
Zatrzymali się przy zniszczonym drogowskazie. Napisy "JEZIORO TOPIELCÓW", "BŁOTNIK" i "BABI TRUPOSZ" były ustawione w tą samą stronę. Z kolei nabazgrane "JAK NAJDALEJ OD TEGO PIERDOLCA" i "BEZPIECZNIEJ" były ustawione w przeciwnym kierunku. Ryuu nie była w stanie się z tym nie zgodzić.
— Obejdziemy jezioro prawą stroną. Idąc na lewo doszlibyśmy nad groblę Wodnika albo dosłownie nigdzie. Później przejdziemy przez przesmyk, a następnie prosto bez przeszkód. Dalej poradzisz sobie sama.
— Brzmisz jak GPS! — stwierdziła ze zdumieniem Ryuu.
— Dziękuję. Cynthia prawie zawsze się gubi, więc muszę być cały czas przygotowany. — odparł, jak się okazało trochę wcześniej, Śnieżek. Drugi z lisów, Sybir, szczeknął z zadowoleniem.
Po mozolnym przedostaniu się przez chaszcze i powalone pnie, stanęli na brzegu niskiego skalnego urwiska. Ryuu bardzo powoli zbliżyła się do granicy i złapała się mocno najstabilniej wyglądającego kawałka. Zanim jednak postawiła kolejny krok, Sybir złapał ją za kołnierz i pociągnął w dół. Wrzasnęła i zamknęła oczy, spodziewając się twardego spotkania z ziemią. Nic takiego nie nastąpiło. Zamrugała. Nadal wisiała w powietrzu. Sybir nadal ją trzymał. Dwa razy większy, z dwa razy większą paszczą i zębami. Przełknęła ślinę. Już wcześniej był przerośnięty.
Gdy lis postawił ją na ziemię, rozejrzała się dookoła. Stali na małej kamienistej plaży. Wszystko wydawało się takie czyste. Wzięła do ręki garść drobnych białych kamyczków, zacisnęła dłoń kilka razy i z powrotem je upuściła tracąc zainteresowanie. Nie było tu wielu roślin. Właściwie sama skała, pojedyncze kwiatki i chwasty wystające spod żwiru.
Tafla jeziora była wręcz idealnie równa i gładka. Czarna jak obsydian i niebezpieczna.
Zawiał chłodny wiatr. Śnieżek i Sybir zaczęli warczeć. Spomiędzy skał wyszedł Juni. Miał puste spojrzenie skierowane ku czemuś, czego najwyraźniej nie widzieli i lekko rozchylone usta z których wydobywał się ledwo widoczny biały dym. Szedł prosto ku pomostowi znajdującemu się kilka metrów dalej.
Gdy lis postawił ją na ziemię, rozejrzała się dookoła. Stali na małej kamienistej plaży. Wszystko wydawało się takie czyste. Wzięła do ręki garść drobnych białych kamyczków, zacisnęła dłoń kilka razy i z powrotem je upuściła tracąc zainteresowanie. Nie było tu wielu roślin. Właściwie sama skała, pojedyncze kwiatki i chwasty wystające spod żwiru.
Tafla jeziora była wręcz idealnie równa i gładka. Czarna jak obsydian i niebezpieczna.
Zawiał chłodny wiatr. Śnieżek i Sybir zaczęli warczeć. Spomiędzy skał wyszedł Juni. Miał puste spojrzenie skierowane ku czemuś, czego najwyraźniej nie widzieli i lekko rozchylone usta z których wydobywał się ledwo widoczny biały dym. Szedł prosto ku pomostowi znajdującemu się kilka metrów dalej.
— Ej ej ej, Juni, gdzie ty tak
zasuwasz? — zaśmiała się nerwowo Ryuu i podążyła za zbladłym
kuzynem.
— Juni, halo, odezwij się! — chłopak
wszedł na pomost. Chciała do niego podbiec, ale lisy zagrodziły jej drogę wciąż warcząc. Juni wciąż szedł i już parę chwil później znalazł się niebezpiecznie blisko krawędzi konstrukcji.
— On cię nie widzi. Nie ma też szans, żeby cię usłyszał. — zaskomlał Śnieżek. — Inny wymiar.
Lisy znacznie ucichły, gdy Juni postawił
krok poza pomost. Dziewczynka z zapartym tchem patrzyła jak ciemnozielone,
prawie że czarne, pokryte liszajami i guzami ręce i odnóża
zaciskają się na ciele blondyna. Owijały się wokół niego jak macki. Powoli, ale stanowczo.
Jego postać z sekundy na sekundę
stawała się coraz bardziej niewyraźna i wiotka, jakby rozpływał
się w powietrzu. Woda sięgała mu do klatki piersiowej. Gdy
zanurzył się do ramion, stał się częściowo przezroczysty.
Kilka minut później, faktycznie się rozpłynął.
Kilka minut później, faktycznie się rozpłynął.
Da End
*Jubokko - takie wredne drzewa z japońskiego folkloru. Po więcej informacji odsyłam do cioci wikipedii.
Fuck yeah! Nie ma to jak wstawianie rozdziału jakieś dwadzieścia dni po obiecanym sobie terminie!






Ziom. Tekstami typu "PIERDOL SIĘ" wygrałaś życie. Krótko mówiąc twierdzę, że niezwykle się poprawiłaś (Może ze względu na nasze kochane headcanony XDDD) i życzę ci, byś miała wenę na najwyższym poziomie. Bro, kto wie? Może najdzie mnie ochota na zrobienie fanarta?
OdpowiedzUsuńW każdym razie dziękuję.
Po prostu dziękuję
Zią.
UsuńTo ja tu dziękuję, bo jako jeden z niewielu brokułów w moim życiu utrzymujesz mój stan psychiczny w normie
Haha, wena? Oczywiście, że ją mam. Tylko nie radzę sobie z jej wykorzystaniem
Bro, thank YOU for existing!