Rozdział 12 |Arc3|
Rozdział 12
"Brak wiary w siebie jest chorobą. Jeśli stracisz panowanie nad tym, wątpliwości staną się twoją rzeczywistością"
~ John Flanagan
Ale o so chozi?
Juni obudził się z okropnym bólem głowy. Zanim wstał, przeleżał dobre kilka minut cicho postękując. Gdy już podniósł się na nogi, zdał sobie sprawę, że jest na jest na dobre zgubiony. Wszystko się zmieniło. Zamiast lekko pożółkniętych i zielonych liści, wszędzie były ognisto pomarańczowe i ciemnoczerwone. Kory drzew ciemne i grafitowe. Najbardziej jednak rzucał się w oczy kompletny brak słońca i przytłaczająca cisza. Zimny wiatr owiewający twarz.
Wyciągnął kompas. Na zachód nie pójdzie.
Obrócił się kilka razy i wziął głęboki oddech, by się uspokoić. Nie może panikować. Musi myśleć trzeźwo. Z każdej sytuacji jest wyjście. Jeszcze będzie się z siebie śmiał.
Telefon całkowicie padł kilka godzin wcześniej. Zresztą, i tak nie było zasięgu. Na nieszczęście nie posiadał powerbanka, więc został pozbawiony technologii na najpewniej bardzo długi czas.
Coś przyszło mu do głowy. Nigdy nie dokończył szlaku.
Właśnie. Nie dokończył.
W głowie Juni'ego zapaliła się lampka. Wygrzebał z plecaka lornetkę i podszedł do najwyższego drzewa, po czym powoli i niezdarnie wspiął się na nie. Trzęsąc się lekko z zimna i ekscytacji usiadł na jednej z wyższych gałęzi i rozejrzał się wytężając wzrok. Musi szukać niebieskiego szlaku.
Westchnął. Widział jedynie góry, świerki, polany, sarenki, świerki, jakieś jezioro, wzgórza, świerki, wyjątkowo podejrzaną cienistą górę w oddali, świerki. Po chwili zamarł i ścisnął lornetkę. Wydawało mu się, że zza jednego z wysokich pagórków i drzew wystaje kawałek asfaltowej ulicy. Łzy napłynęły mu do oczu. Jest nadzieja! Ludzie!
Zszedł z drzewa najszybciej jak potrafił i popędził łeb na szyję w kierunku cywilizacji. Omijał drzewa, przeskakiwał krzaki i pnie, nie zważając na krzyki obrażonych skrzatów i śpiewających grzybków (wyjaśnię później...).
Gdy zaczął wspinać się na wzgórze, zrobiło mu się trochę cieplej. Zacisnął dłonie. Musi być cierpliwy. Niedługo będzie się z tego śmiał ze swoją kuzynką. Ta myśl dodawała mu ogromnej otuchy. Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy...
Zamarł, gdy usłyszał wycie wilków. Nieoczekiwanie wszystko nagle pociemniało. Znikąd pojawiła się gęsta mgła. Wszystko w zaledwie kilka minut. Przestraszony przyspieszył i chwilę później potknął się o gałąź i wylądował na złoto-czerwonej ściółce usłanej również ostrymi kamieniami. Syknął i poczuł coś ciepłego i szczypiącego na nodze. Usłyszał cichy śmiech. Pierdolone skrzaty. Zrobiło się okropnie zimno.
Teraz był bliski paniki. To nie było naturalne. Zabrakło mu tchu. Nogi miał jak z waty. Musiał się wesprzeć o pień drzewa, by wstać. Rozejrzał się dookoła i wychwycił jeden o wiele ciemniejszy punkt od pozostałych. Punkt, który powoli zbliżał się w jego stronę.
Oj, niedobrze.
Cofnął się chwiejnie. Odszedł kilkanaście dobrych metrów dalej, jednak znowu się potknął. O skrzata. Małe, drobne i szybkie stworzonko z irytująco wielką czapką i świecącym się dzwonkiem. Spojrzał w stronę cienia. Przełknął ślinę. To nadal tam było. Zbliżało się. I wyglądało jak wielki jeleń.
Czekaj, a jeśli to leśnik?
Cień przekrzywił głowę.
Nie, im też nie można ufać. No i czemu niby leśnik miałby mieć rogi? Juni, ogarnij Juni'ego.
Ból w nodze zaczynał powoli przeszkadzać. Wyglądało na to, że to nie było zwyczajne zadrapanie. Zaczynało mu się robić niedobrze. Coś pulsowało w głowie i w nodze. Po chwili zdał sobie sprawę, że wstanie na nogi będzie trudniejsze, niż się wydaje. Zerknął za ramię. Cień zbliżał się bardzo powoli.
Dysząc lekko, podniósł się na czworaka i odczołgał się najdalej jak potrafił. Noga go już nie piekła, tylko dosłownie parzyła. Stęknął i podwinął zakrwawioną nogawkę, która i tak już była prawie całkowicie podarta. Spojrzał na zakrwawioną łydkę i szybko odwrócił wzrok z obrzydzeniem. Nie lubił takich widoków. Całkowicie zapominając o intruzie, sięgnął do plecaka po apteczkę, jednocześnie zdając sobie z goryczą sprawę, że sama woda utleniona i gaza mu nie pomogą. O co tak właściwie się zranił? Jak wcześniej stwierdził, to nie było naturalne. Przecież tu są same suche gałęzie i kamienie. Rana na nodze była głęboka i długa.
Po szybkim oczyszczeniu i opatrzeniu nogi Juni zorientował się, że bandaż przecieka w zastraszającym tempie. Szybko sięgnął po plecak, jednak za ramię złapała go długa koścista ręka, która wyglądała, jakby została stworzona z samych cieni, tak jak jej właściciel. Sparaliżowany patrzył na czarne ja noc stworzenie, które nie było ani jeleniem, ani leśnikiem, tylko bardzo wysoką humanoidalną postacią z rogami, która w tej chwili stała przed nim wyprostowana.
Cień zerknął na niego z trudnym do zidentyfikowania wyrazem twarzy. Właściwie, to po prostu się patrzył. Z każdą chwilą zdawał się być coraz ostrzejszy, więc już po kilku minutach postać nabrała rysów mężczyzny w długim mglistym płaszczu.
Juni wstrzymał oddech, gdy przybysz przykucnął przy nim gładko i z finezją, jakby unosił się w powietrzu albo pływał. Coś nie pozwalało mu się ruszyć. Cienie otaczały ich ze wszystkich stron. Zachowywały się jak ogień.
Rogacz złapał za nogę Juni'ego i pochylił się lekko nad chłopcem, wlepiając świecące ślepia w ranę. Nie wydawał się groźny. Bardziej neutralny. Nie krzywdził, tylko obserwował cicho i działał tylko wtedy, gdy potrzeba.
Juni syknął cicho, gdy obcy przejechał dłonią po łydce. Coś zaskwierczało. Z zapartym tchem obserwował, jak krew zmieniła się w czarną ciecz i mgłę. Efekt kojarzył się Juni'emu z ciekłym azotem. Wujek strasznie lubił się nim bawić.
Chłopiec zerknął na Rogacza i wymamrotał ciche "dziękuję". Postać przekrzywiła głowę i skłoniła się lekko, a następnie zmieniła się w popiół i rozwiała, zostawiając Juni'ego samego z pytaniami i bandą hałaśliwych skrzatów.
Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał odgłos przejeżdżających samochodów. Wstał powoli i nadal lekko kuśtykając, powlókł się w stronę ulicy. Czuł się lekko. Spokojnie. Nic groźniejszego go nie spotka, o ile coś go nie przejedzie. Nie chcąc umrzeć w tak głupi sposób, wyjął z kieszeni kilka fluorescencyjnych markerów - jeden wściekle różowy, drugi żółty, kolejny w barwie wściekłego turkusu. Następnie wyciągnął tekturową kartkę i nabazgrał "Do Rhein".
Gdy udało mu się dotrzeć do celu podróży, przysiadł sobie na pobliskim kamieniu i wyciągnął tekturę. Teraz tylko musi czekać, czekać i czekać. Ewentualnie iść, ale się zobaczy.
Teren tutaj wcale nie był taki płaski. Górzysty, zalesiony, zimny i obcy. Z jednej strony ulicy była stroma ściana z jasnobrązowego kamienia, a z drugiej były same drzewa i krzewy schodzące powoli w dół. Zwykły i nużący widok.
— Tak, prze pana, wszystko okej. Jestem po prostu miotany siłami natury.
— Nie wydurniaj się. Załatwione?
— Nie do końca, sir. Są małe opóźnienia, ale poza tym sprawa rozwiąże się całkowicie może nawet jeszcze przed pierwszym listopada.
Głos z słuchawki zawarczał coś najprawdopodobniej niezbyt miłego. Shinobi wywrócił oczami i zatrzasnął swój dość staromodny czerwony telefon z klapką. Jego pracodawca to wyjątkowo butny człowiek. Mógłby chociaż zadbać o jakość telefonów służbowych.
Po chwili znowu otworzył relikt przeszłości i wystukał na klawiaturze jeden z niewielu numerów, których nie zapomniał. Przyłożył telefon do ucha i czekał cierpliwie.
— Słuchaj, mam do ciebie sprawę.
Ból w nodze zaczynał powoli przeszkadzać. Wyglądało na to, że to nie było zwyczajne zadrapanie. Zaczynało mu się robić niedobrze. Coś pulsowało w głowie i w nodze. Po chwili zdał sobie sprawę, że wstanie na nogi będzie trudniejsze, niż się wydaje. Zerknął za ramię. Cień zbliżał się bardzo powoli.
Dysząc lekko, podniósł się na czworaka i odczołgał się najdalej jak potrafił. Noga go już nie piekła, tylko dosłownie parzyła. Stęknął i podwinął zakrwawioną nogawkę, która i tak już była prawie całkowicie podarta. Spojrzał na zakrwawioną łydkę i szybko odwrócił wzrok z obrzydzeniem. Nie lubił takich widoków. Całkowicie zapominając o intruzie, sięgnął do plecaka po apteczkę, jednocześnie zdając sobie z goryczą sprawę, że sama woda utleniona i gaza mu nie pomogą. O co tak właściwie się zranił? Jak wcześniej stwierdził, to nie było naturalne. Przecież tu są same suche gałęzie i kamienie. Rana na nodze była głęboka i długa.
Po szybkim oczyszczeniu i opatrzeniu nogi Juni zorientował się, że bandaż przecieka w zastraszającym tempie. Szybko sięgnął po plecak, jednak za ramię złapała go długa koścista ręka, która wyglądała, jakby została stworzona z samych cieni, tak jak jej właściciel. Sparaliżowany patrzył na czarne ja noc stworzenie, które nie było ani jeleniem, ani leśnikiem, tylko bardzo wysoką humanoidalną postacią z rogami, która w tej chwili stała przed nim wyprostowana.
Cień zerknął na niego z trudnym do zidentyfikowania wyrazem twarzy. Właściwie, to po prostu się patrzył. Z każdą chwilą zdawał się być coraz ostrzejszy, więc już po kilku minutach postać nabrała rysów mężczyzny w długim mglistym płaszczu.
Juni wstrzymał oddech, gdy przybysz przykucnął przy nim gładko i z finezją, jakby unosił się w powietrzu albo pływał. Coś nie pozwalało mu się ruszyć. Cienie otaczały ich ze wszystkich stron. Zachowywały się jak ogień.
Rogacz złapał za nogę Juni'ego i pochylił się lekko nad chłopcem, wlepiając świecące ślepia w ranę. Nie wydawał się groźny. Bardziej neutralny. Nie krzywdził, tylko obserwował cicho i działał tylko wtedy, gdy potrzeba.
Juni syknął cicho, gdy obcy przejechał dłonią po łydce. Coś zaskwierczało. Z zapartym tchem obserwował, jak krew zmieniła się w czarną ciecz i mgłę. Efekt kojarzył się Juni'emu z ciekłym azotem. Wujek strasznie lubił się nim bawić.
Chłopiec zerknął na Rogacza i wymamrotał ciche "dziękuję". Postać przekrzywiła głowę i skłoniła się lekko, a następnie zmieniła się w popiół i rozwiała, zostawiając Juni'ego samego z pytaniami i bandą hałaśliwych skrzatów.
Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał odgłos przejeżdżających samochodów. Wstał powoli i nadal lekko kuśtykając, powlókł się w stronę ulicy. Czuł się lekko. Spokojnie. Nic groźniejszego go nie spotka, o ile coś go nie przejedzie. Nie chcąc umrzeć w tak głupi sposób, wyjął z kieszeni kilka fluorescencyjnych markerów - jeden wściekle różowy, drugi żółty, kolejny w barwie wściekłego turkusu. Następnie wyciągnął tekturową kartkę i nabazgrał "Do Rhein".
Gdy udało mu się dotrzeć do celu podróży, przysiadł sobie na pobliskim kamieniu i wyciągnął tekturę. Teraz tylko musi czekać, czekać i czekać. Ewentualnie iść, ale się zobaczy.
Teren tutaj wcale nie był taki płaski. Górzysty, zalesiony, zimny i obcy. Z jednej strony ulicy była stroma ściana z jasnobrązowego kamienia, a z drugiej były same drzewa i krzewy schodzące powoli w dół. Zwykły i nużący widok.
![]() |
| Niedawno zdałam sobie sprawę, że Rogacz strasznie przypomina antagonistę z "Over the Garden Wall". Powiem tylko, że to nie było celowe i można między nimi dostrzec pewne różnice. Well, shit happens. |
***
Padało. I to mocno. Shinobi, trzymając się kurczowo przekrzywionego znaku stop, próbował nawiązać konwersację.— Tak, prze pana, wszystko okej. Jestem po prostu miotany siłami natury.
— Nie wydurniaj się. Załatwione?
— Nie do końca, sir. Są małe opóźnienia, ale poza tym sprawa rozwiąże się całkowicie może nawet jeszcze przed pierwszym listopada.
Głos z słuchawki zawarczał coś najprawdopodobniej niezbyt miłego. Shinobi wywrócił oczami i zatrzasnął swój dość staromodny czerwony telefon z klapką. Jego pracodawca to wyjątkowo butny człowiek. Mógłby chociaż zadbać o jakość telefonów służbowych.
Po chwili znowu otworzył relikt przeszłości i wystukał na klawiaturze jeden z niewielu numerów, których nie zapomniał. Przyłożył telefon do ucha i czekał cierpliwie.
— Słuchaj, mam do ciebie sprawę.
***
Ryuu nie pamiętała, kiedy ostatnio dobrze się wyspała. Przez dwa dni musiała jechać na drzemaniu przy postojach, co nie wpłynęło dobrze na jej zdrowie. Podkrążone powieki, mętne spojrzenie i powolny chód mówiły same za siebie. Była wdzięczna, że Byakko wciąż dotrzymywały jej towarzystwa. Odkąd obeszli jezioro, nie czuła nóg.
Akcję przy jeziorze wolała wymazać z pamięci. Cokolwiek to było, nie powinno jej rozpraszać. Juni był bezpieczny. Poradzi sobie. Oboje byli inteligentni. Ma 89% szans na przeżycie.
Leśna ścieżka ciągnęła się w nieskończoność. Było ciemno, zimno i ogółem kiepskawo. Osłabiona wpadała co chwilę na drzewo albo potykała się o gałąź. Komar ukąsił ją w twarz, więc mogła się teraz pochwalić krwawym okiem proroka na środku czoła.
Wiatr nabrał na sile i zaczęło kropić. Grzmienie tym razem nie wzbudziło żadnych pozytywnych emocji. Jeśli grzmotnie w jakieś pobliskie drzewo, to po nich, a przynajmniej po niej. Byakko miały zdumiewający refleks.
Usłyszała szum przejeżdżających aut. Pobiegła w stronę hałasu i zwolniła, gdy zorientowała się, że lisy zostały w tyle.
— Nie zbliżamy się do ludzkich terenów. W każdym razie nie dzisiaj, nie teraz. — wyjaśnił Śnieżek.
— Dziękuję za pomoc — bąknęła i skłoniła się lekko. Lisy odkłoniły się i zniknęły w mgle i malutkich iskrach niebieskich i żółtych ogni.
Wzięła głęboki oddech i pomaszerowała w stronę wydeptanej ścieżki koło ulicy. I to by było na tyle. Pa pa, puszki. Czuła się jak na kolonii.
Przystanęła koło drewnianej tablicy z daszkiem i przekrzywioną ławką. Zerknęła na rozkład jazdy busów i zawiedziona swoimi odkryciami zaczęła szukać na mapie najbliższych ośrodków i najszybszej drogi do Rhein. Okej, czyli dziesięć kilometrów do najbliższego pensjonatu, a później w większości nicość.
Kopnęła w ławkę ze złości.
Znowu droga znika w lesie.
— Kurwa jego mać! Już mi wystarczy! — wrzasnęła bliska płaczu.
Z plecaka wyskoczył jej kot i przekrzywił głowę z dezaprobatą. Wyciągnął się i ziewnął ukazując ostre kiełki.
— Nie mazgaj się — oznajmił.
— Momoś? — zdziwiła się Ryuu i zamrugała kilka razy, żeby pozbyć się kilku upokarzających łez.
— Nie na długo, skarbie. To imię ma datę ważności. Będziesz musiała poszukać nowego. — odparł kot, od niechcenia liżąc się pod ogonem. — Chodź. Im dłużej tu stoimy, tym później będziemy na miejscu.
Nieco zmieszana nagłym wyskokiem pupila, przytaknęła lekko i poszła za Momo.
— A-a no tak.
Przystanęła koło drewnianej tablicy z daszkiem i przekrzywioną ławką. Zerknęła na rozkład jazdy busów i zawiedziona swoimi odkryciami zaczęła szukać na mapie najbliższych ośrodków i najszybszej drogi do Rhein. Okej, czyli dziesięć kilometrów do najbliższego pensjonatu, a później w większości nicość.
Kopnęła w ławkę ze złości.
Znowu droga znika w lesie.
— Kurwa jego mać! Już mi wystarczy! — wrzasnęła bliska płaczu.
Z plecaka wyskoczył jej kot i przekrzywił głowę z dezaprobatą. Wyciągnął się i ziewnął ukazując ostre kiełki.
— Nie mazgaj się — oznajmił.
— Momoś? — zdziwiła się Ryuu i zamrugała kilka razy, żeby pozbyć się kilku upokarzających łez.
— Nie na długo, skarbie. To imię ma datę ważności. Będziesz musiała poszukać nowego. — odparł kot, od niechcenia liżąc się pod ogonem. — Chodź. Im dłużej tu stoimy, tym później będziemy na miejscu.
Nieco zmieszana nagłym wyskokiem pupila, przytaknęła lekko i poszła za Momo.
— A-a no tak.
***
Podróżowanie na stopa było jedną z tych rzeczy, których Juni wolał unikać. Potencjalny pasażer nie wie czego spodziewać się po kierowcy, a kierowca po pasażerze. A jednak! Stał przy drodze z wyciągniętym kciukiem i kawałkiem kartonu. Ze znużoną miną patrzył na przejeżdżające samochody, które nawet nie raczyły zwolnić na jego widok. Ziewnął, przykucnął i oparł się o drzewo. Chyba nic się nie stanie, jeśli na trochę się zdrzemnie, prawda?
Myślał o różnych rzeczach. O rodzicach, którzy otrzymali zdecydowanie mniej czasu antenowego od rodziców Ryuu, o tym, czy im się uda i czy uda mu się namówić potencjalnego kierowcę na wzięcie czegoś z drive thru.
Odgłosy z ulicy zaczęły się powoli oddalać, dopóki nie usłyszał głośnego klaksonu.
Chuuj. A jak to straż miejska?
Też by podwieźli?
Zerwał się na równe nogi. Stał przed nim szary mercedes z włączonymi światłami, które okropnie raziły go w oczy. Szyba samochodu uchyliła się, a z okna wychynęła głowa młodego faceta w okularach pilotkach z pomarańczowo-złotymi szkiełkami nałożonymi na zwykłe czarne okulary korekcyjne. Ach, znał ten ból.
— Do Rhein? — spytał kierowca.
— Do Rhein. — odpowiedział Juni i postukał w tekturkę. Mężczyzna skinął, żeby wsiadł.
Gdy ruszyli, Juni usadowił się wygodnie w fotelu i wbił wzrok w dwa mopsy również wbijające w niego wzrok.
— A, właśnie, poznaj proszę moje psy. Czin-Czin Pugstein i Mopsander Hamilton. Spokojnie, nie gryzą. — mruknął mężczyzna i dla rozluźnienia atmosfery włączył radio. — Mógłbyś dać im trochę chrupek? Zielona paczka, na lewo. Tak, te, dzięki.
Dopiero po trzydziestu minutach jazdy przerywanej jedynie paplaniną spikera i liście przebojów, która w większości składała się tylko z Whitney Houston, kierowca zaczął rozmowę:
— Więc, em, jak się nazywasz?
— Juni. A pan?
— Żaden pan! Jestem studentem, a przez ciebie czuję się jak podejrzany pryk po sześćdziesiątce. Dante. Jestem Dante.
— ...Aha.
Rozmowa się nie kleiła, więc speszony student rozpoczął nowy temat:
— Co cię sprowadza do Rhein?
— To skomplikowane.
— Typowe. Wybacz, że pytałem. Tylko postaraj się tam nie stoczyć. W dużych miastach dość łatwa droga do takich zdarzeń. Unikaj Gniazda, takiej wężowej dzielnicy blisko centrum.
— Zapamiętam.
— A, i jeszcze jedno. Będziemy najpóźniej za dwie godziny. O siedemnastej zaczynają się Absolutnie Fantastyczne i wolałbym tego nie przegapić. Nie przestrasz się, jeśli trochę przyspieszę.
— Rozumiem całkowicie.
Dla odmiany w radiu poleciały Spice Girls, co rozruszało mopsy. Zaczęły się wiercić i szczekać niespokojnie. Yooo I'll tell u what i wan-
Zainspirowany nieco i podniesiony na duchu, Juni zaczął szukać po kieszeniach zdjęć, które dał im wujek. Po chwili zorientował się, że ich tam nie ma. Na sto procent. Szjet.
Jednak obdarzony dość dobrą pamięcią chłopiec wiedział o co pytać. Odchrząknął.
— Kojarzy pan może człowieka o imieniu Harue, pseudonim Ava Knox?
Nawet jako autorka jestem pod wrażeniem.
Dante zahamował gwałtownie, Juni uderzył czołem w fotel i spojrzał na kierowcę, który wpatrywał się w niego z czystym przerażeniem w oczach. Dante w końcu przełknął ślinę i zapytał bardzo, bardzo powoli:
— Skąd znasz tego fiksata?
Da End— A, i jeszcze jedno. Będziemy najpóźniej za dwie godziny. O siedemnastej zaczynają się Absolutnie Fantastyczne i wolałbym tego nie przegapić. Nie przestrasz się, jeśli trochę przyspieszę.
— Rozumiem całkowicie.
Dla odmiany w radiu poleciały Spice Girls, co rozruszało mopsy. Zaczęły się wiercić i szczekać niespokojnie. Yooo I'll tell u what i wan-
Zainspirowany nieco i podniesiony na duchu, Juni zaczął szukać po kieszeniach zdjęć, które dał im wujek. Po chwili zorientował się, że ich tam nie ma. Na sto procent. Szjet.
Jednak obdarzony dość dobrą pamięcią chłopiec wiedział o co pytać. Odchrząknął.
— Kojarzy pan może człowieka o imieniu Harue, pseudonim Ava Knox?
Dante zahamował gwałtownie, Juni uderzył czołem w fotel i spojrzał na kierowcę, który wpatrywał się w niego z czystym przerażeniem w oczach. Dante w końcu przełknął ślinę i zapytał bardzo, bardzo powoli:
— Skąd znasz tego fiksata?



Rozdział boski, ziom
OdpowiedzUsuńDawno nie czytalam nic
Absolutnie nic
Dziękuję
Broł
UsuńJa dziękuję za to, że istniejesz
#Brołmans