Rodział 15 |Arc4|

Rozdział 15

Śnieżynka? 

Quo vadis, ty sflaczały pryku? 


   Pierwszy dzień u Dante zmusił Juniego do pewnych refleksji. Dokąd zmierza? Po co to wszystko? Daleko już zaszedł, ale co dalej?
   Mieszkanie mężczyzny był staroświeckie, ale przynajmniej w przystępnym rozmiarze i zawartości - zaopatrzone w wieloletnie drewniane meble, które wyglądały, jakby zaraz miały się rozpaść, telefon stacjonarny (gdy tylko Juni na niego spojrzał, Dante rzucił mu krótkie "nie dotykaj!" i sprawa była skończona), wzorzyste firanki po babci zawieszone na dużych oknach i kompletnie niepasujący do wnętrza zmechacony dywan w krokusy. Jedyną wadą mieszkania był bałagan. Stos brudnych naczyń w zlewie, zgniecione opakowania po zupkach instant, ogrom dokumentów walających się po podłodze oraz drukarka na środku pokoju mówiły same za siebie.
   Dante pospiesznie odsłonił rolety i zebrał znoszone ubrania z kanapy.
   Od kilku dni jechałem tylko na kawie i makaronie bąknął. Mam kilka prac do napisania, a od tygodnia stoję w miejscu.
   Juni był w stanie go zrozumieć, ale przez głowę przeszła mu myśl, że prędzej czy później biedak się wykończy.
   Niedaleko jest dość popularny bar, Nouvelle Vie. Chciałbyś tam niedługo pójść? Mają dobre żarcie, a stali klienci znają Haru. zaproponował Dante.
   Mi pasuje odparł cicho. Możemy iść teraz? Jestem głodny.
   Dante pokręcił głową i zaśmiał się cicho.
   Przykro mi, ale nie dzisiaj. Mam sporo rzeczy do roboty wskazał na laptop i stół zawalony brudnymi kubkami. Ale chciałbym z tobą porozmawiać, gdy skończę. Jak na razie się rozgość. Wolny pokój jest po lewej, koło łazienki. Lodówka jest pełna.
   Przez resztę popołudnia Juni kręcił się bez celu po mieszkaniu i próbował dodzwonić się do Ryuu. Po szóstej nieudanej próbie, poddał się i zajął się czymś o wiele mniej męczącym, czyli oglądaniem tv. Poczuł się bardzo nieswojo sięgając po pilota. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio skakał po kanałach. Człowiek dziwnie się czuje, gdy wraca do starych nawyków po długim czasie, jakby były z innego życia.
   Właśnie w tamtej chwili zalała go fala goryczy i rozczarowania.
   Wrócił pamięcią do chwili, kiedy siedział razem z Ryuu na kanapie zajadając popcorn i maratonując seriale na Netflixie. Oglądali "BoJacka Horsemana", choć chłopiec w tamtej chwili miał większą ochotę na obejrzenie "Legalnej blondynki".
   To było miesiąc temu, kiedy jeszcze nigdzie nie musieli się spieszyć i mieli pewność, że ich rodzice wrócą. Juniemu było już bardzo tęskno do błogiego lenistwa i ciepłego łóżka z kiczowatą pościelą w żółte kwiatki. 
   Westchnął i skupił się na telewizorze. Leciał jakiś horror. Główna bohaterka była na tyle głupia, by w środku nocy zawędrować do jakiejś zdezelowanej chatki w lesie. Raz, dwa, trzy... Heroina napotyka się na pierwszy jumpscare, wrzeszczy, zaczyna uciekać, ale przewraca się o patyk i teraz turla się po zboczu do rowu, gdzie zaraz podbiegnie gwóźdź programu, by ją zaszlachtować.
   Z transu wytrąciło chłopca głośne zamknięcie laptopa i pełne zadowolenia "Skończyłem!" dobiegające z kuchni. Juni zwlekł się z kanapy i podreptał w stronę głosu.
   Kiedy znalazł się w pomieszczeniu, student jedynie skinął głową. Chłopcu nie podobał się wyraz jego twarzy.
   A więc! Ten, no, co cię sprowadza do Rhein?
   Czysty przypadek.
   Bądź ze mną szczery.
   Juni zacisnął pięści i opadł na krzesło. Spojrzał nieufnie na mężczyznę świdrującego go wzrokiem. No, co jak co, ale ci pomógł, stwierdził głosik w jego głowie. Nie bądź fają i wal prosto z mostu! Nie bądź fają. 
   Wziął głęboki oddech.
   Do niedawna wiodłem spokojne i dostatnie życie razem z kuzynką. Mieszkałem z nią z powodu zajmującej pracy moich rodziców. Są ciągle zajęci. Zwiastunem mojej zakisłej sytuacji było wtargnięcie wujka do domu, stwierdzenie, że rodziców Ryuu również wywiało, nikt nie ma się nami zająć, a on też ma napięty grafik, co brzmiało jak perfidne kłamstwo. Skończyło się na tym, że wywiózł nas na zadupie na drugim końcu kraju, kupił bilety na pociąg, zostawił kasę i powiedział, żebyśmy radzili sobie sami.
   Tak po prostu kazał wam jechać aż tutaj? Dante zmarszczył brwi. Gdzie wcześniej mieszkaliście?
   Cóż, powiedział, że parę osób zna naszych starych, ale nawet nie raczył nam dać ich telefonów komórkowych, tylko podpisane zdjęcia, więc sprawa się skomplikowała i teraz musimy ich szukać. Padło na tego całego Knoxa. Juni wyciągnął plik zdjęć i podsunął pod nos Dante.
   Mężczyzna spojrzał na fotografię i szybko wziął je do ręki, jakby chciał się jej lepiej przypatrzyć.
   Jak się nazywali wasi rodzice?
   Leon i Dalia Ivy, Naomi i Rin. Leo i Naomi byli bliźniakami.
   Dante westchnął i oparł się o sofę.  
   — Coś mi świta. Kojarzę ich, ale bardzo słabo. Za to tego skurwiela wskazał na zdjęcie Haru. Kojarzę aż za bardzo. Jak się bił w okolicy, to później specjalnie wywalał się na moje śmietniki i żądał pomocy medycznej, bo wiedział, że tu mieszkam. Chodziliśmy razem do podstawówki.


***


   Podczas drugiego dnia, Juni dowiedział się o Dante wielu rzeczy. Obecnie studiował psychologię, miał w miarę dobrze płatną pracę, której nazwy wciąż nie zdradził, lubił mocne czerwone wino i pieczone kiełbaski, a do tego załapał się ostatnio na kolejną pracę na pół etatu jako dostawca pizzy. Musiał, bo właściciel budynku podniósł czynsz. Znowu. Tak czy inaczej, miał problemy ze snem, wykazywał typowe objawy człowieka z nerwicą i pił stanowczo za dużo kawy.
   Podczas śniadania, Dante więcej rozmawiał przez telefon niż jadł. Gorączkowo zapisywał i kreślił coś w notatniku, czasami zwrócił się do rozmówcy po imieniu albo westchnął głośno. Juni, wiedząc, że niegrzecznie jest odchodzić od stołu nie skończywszy jedzenia, szybko przeżuwał jajecznicę i patrzył się bez słowa, jak student łazi po kuchni w te i we wte.
   Rozmowy najwyraźniej nie przebiegły zbyt dobrze, bo Dante opuścił kuchnię widocznie nadąsany, mrucząc coś o chamach pożyczających kasę i znikających na prawie dwa lata bez żadnych śladów życia.
   Muszę zrobić zakupy. Idziesz ze mną? zawołał z przedpokoju. Jest coś, co chciałbym ci pokazać.


***


   —  Co to za miejsce? zapytał w końcu Juni. Stali na środku podłużnej ulicy. 
   — Dziki Market. Możesz tu kupić prawie wszystko, jeśli masz licencję i odpowiednie dokumenty. wskazał ręką na stragany i sklepy. Ale i tak jedna trzecia towarów to jedzenie. Najlepiej schodzi. Reszta to totalna drożyzna. Powiedz, lubisz parówki w sosie sojowym?
   Chłopiec spojrzał się na niego z przerażeniem, ale Dante najwyraźniej wziął to za tak i pociągnął go do mięsnego.
   Pół godziny przepychania się przez kolejki później, ponownie wyszli na ulicę. Juni z obrzydzeniem zdjął kurtkę, która przesiąkła zapachem szynki.
   Zostań tu na chwilę. Idę do Krzywego Jasia. oznajmił krótko Dante i zniknął za rogiem.
   Juni kiwnął głową, mruknął niemrawo i wziął gazetę z najbliższego parapetu. Tutejsza prasa była wyjątkowo ekspresyjna i nie na temat. Więcej pisali o telenowelach niż o polityce, a nagłówki zapełnione były niekoniecznie użytecznymi informacjami. Dzięki temu, "Kukła" okazała się jednym z przyjemniejszych źródeł wiedzy o świecie, jeśli można było to tak nazwać. Dziś do gazety dołączona była książeczka "Pasywnie-agresywnie wobec sąsiada: krótki poradnik dla nękanych i nękających".
   Po trzydziestu minutach czekania, znudzony chłopiec postanowił zrobić jedną z głupszych rzeczy, jaka mogła mu przyjść do głowy. Zaczął bawić się zapalniczką. Właściciel pobliskiego sklepu, nazwijmy go Zdziś, przysiadł się bliżej, by móc obserwować poczynania chłopca. Uśmiechał się wrednie, ale Juni postanowił to ignorować.
   Niestety, nie zauważył iskierek, które pląsały nad jego głową. Trzaskały cicho i powoli zaczęły się gromadzić przy dłoniach nastolatka. Można było usłyszeć cichy pyk, a następie chłopiec stał już w płomieniach, krzycząc.
   Ach, GASP. Pewnie właśnie odreagowywał całą tą wycieczkę. Nagłe emocje pomieszane z magią można porównać z rzuceniem płonącej zapałki w benzynę. Przeklął w myślach. Mógł się tak wcześniej nie irytować.
   UMRĘ, CHOLERA! zawył.
   Nie był na tyle rozsądny by zauważyć, że płomienie go nawet nie parzyły. Jedynie muskały jego sylwetkę jak wielka aureola i zwiększały się z każdą chwilą.
   Juni bez zastanowienia rzucił się w stronę fontanny i wpadł do niej z głośnym pluskiem, strasząc przechodniów. Wzdrygnął się. Woda była lodowata, a sama fontanna okazała się o wiele głębsza niż się wydawała. Z naciskiem na wiele. Ledwo sięgał palcami dna. A może po prostu był niski?
   Szybko wygramolił się z wody i upadł na ziemię ciężko dysząc. Przechodzący obok ludzie dusili się ze śmiechu.
   Juni?
   Chłopiec odwrócił się w stroną głosu Dante, który stał jak wryty, wpatrując się na mokrego nastolatka. Sklepikarz zanosił się śmiechem od dobrych kilku minut. Student rzucił mu wściekłe spojrzenie i podniósł oszołomionego chłopca z chodnika. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i jednym trzepnięciem zmienił ją w czysty biały ręcznik. Przemoczony i załzawiony Juni dostał czkawki. 
   —  Em, chodź, wysuszymy cię, dobrze? Dante otulił go szczelnie i poprowadził przez rozbawiony tłum. Kilka osób robiło zdjęcia.
   Przepraszam cię za to. Nic nie zauważyłem... mruknął Juni.
   Nic nie szkodzi, uwierz mi, przecież sam przez to przechodziłem. GASP to jak drugi okres dojrzewania, nie?* Przechodzą przez to miliony nastolatków i ludzi z PTSD.
   Czemu nikt nie zareagował? spytał cicho roztrzęsiony chłopiec i pociągnął głośno nosem. To okrutne.
   Powiedzmy, że to nie pierwszy raz, kiedy ktoś doświadczył samozapłonu w tym mieście stwierdził mężczyzna, pocieszająco klepiąc ramię nastolatka. - Myśleli, że nad tym panujesz.
   To po chuja bym wskakiwał do fontanny? oburzył się Juni. Świry!
   Ale żyjesz, nie?


***


Dzień trzeci
   Dzisiaj na obiad będzie curry oznajmił Dante, gdy wszedł do salonu. Wciąż miał na sobie czapkę i brudne od błota buty. Niechluj. Rozpakujesz zakupy?
   Twarz Juniego się rozjaśniła. Podniósł głowę znad konsoli, wziął siatkę z ręki studenta i podreptał do kuchni.
   Mam u ciebie naprawdę duży dług.
   Ech, nawet o tym nie myśl. Plus, kto normalny zostawiłby dzieciaka na pastwę losu w ogromnym mieście? odparł rozbawiony Dante. Nie zapominaj też, że wszyscy ludzie, którzy mają coś wspólnego z Shinobim i Harue powinni trzymać się razem. Moglibyśmy założyć grupę wsparcia.
Twarz mężczyzny skrzywiła się na moment, gdy to mówił.
   Po kilku minutach niezręcznej ciszy, student westchnął ciężko i usiadł przy kuchennym stole.
   Wiesz, próbowałem się dodzwonić do Harue odchrząknął i poprawił okulary. Sylaby imienia poszukiwanego niechętnie przechodziły przez jego usta. Nie odbiera.
   Dałbyś mi jego numer na wszelki wypadek? spytał szybko Juni. Dante kiwnął głową i podał mu telefon. Przy okazji dam ci swój, gdybyś, no wiesz, szukał nas albo my ciebie.
   Po dodaniu kontaktów, chłopiec zabrał się za przeglądanie swoich wiadomości. Nic od Ryuu.
   Dante zabrał telefon i wyszedł z kuchni. Juni zdążył usłyszeć, jak mamrocze do siebie "Jeśli ten dureń jest w szpitalu albo martwy..."
   Głowa studenta ponownie wychynęła za drzwi dopiero godzinę później. 
   — Juni, wybacz, ale dzisiaj z tobą nie zjem. Muszę wykonać kilka telefonów.
   Chłopiec kiwnął głową i wzruszył ramionami.
   Praca? 
   Dante uśmiechnął się przepraszająco i wypadł na balkon.


***


   Shinobi, musimy porozmawiać - wysyczał do słuchawki. Teraz.
   Czuję się zaszczycony. Masz dzieciaka? Perfekto! miał radosny ton, co jeszcze bardziej rozjuszyło Dante.
   Skąd wiesz? student zmarszczył brwi i zaczął podejrzliwie rozglądać się po okolicy.
   Jaki byłby ze mnie shinobi, gdybym nie wiedział? Mam na tyle rozumu, by upewnić się, że bachory są żywe.
   Co z Ryuu? Chłopak powiedział, że się rozdzielili i od tamtej pory nie mieli kontaktu.
   Shinobi miał na tyle przyzwoitości, by chociaż sprawiać wrażenie, że było mu przykro.
   Ha, haa... Więc słyszałeś? Hm, mogło mi się przypadkiem pomylić herbatę czy kakao z ziółko-marą i... pufkami nasennymi Morfeusza, gdy ją odwiedzałem. Też się zdziwiłem, bo padła po jednym łyku. Dodatkowo rozlała wszystko na bardzo drogi dywan, wiesz? Wygląda na to, że się jeszcze nie obudziła. Ale bez nerwów! Ciocia się nią zajęła!
   Po cholerę! wydarł się Dante do słuchawki, bliski płaczu. Prawie zabiłeś dziecko!
   To przypadek! zaperzył się mężczyzna. Od krzyków kolegi prawie spadł z dachu, ale kolega nie musiał tego wiedzieć.
   Czy przynajmniej jest bezpieczna? 
   Jest.  wywracał oczami. Student był tego pewny. Tylko wiesz, nie płacą mi za bycie niańką.
   Sam się w to wpieprzyłeś! Bierz odpowiedzialność!
   Shinobi milczał. Dante westchnął i przeczesał ręką rozczochrane włosy.
   Przyjdź jutro o dziewiętnastej. Za bardzo utrudniasz sprawę, żeby się teraz wymigać. Spróbuj znaleźć Avę, jeśli już się szlajasz po mieście.


***


   Podczas kolacji następnego dnia, Dante wydawał się bardzo podenerwowany. Zerkał co chwilę na zegarek i stukał palcami o blat stołu. Nie tknął jedzenia, a Juni, w przeciwieństwie do niego, już dawno skończył swoją porcję i teraz czekał tylko na deser. Przeokropnie się nudził, a frustracja gospodarza mu w tym nie pomagała.
   Ktoś zapukał do drzwi. Student zerwał się gwałtownie z krzesła, by przywitać gościa.
   — Za chwilę wrócę! zawołał tylko z przedpokoju.


***


   Shinobi stał oparty o ścianę. Pomachał przyjaźnie w stronę studenta, gdy ten otworzył drzwi.
   — Wszystko ukartowałeś, prawda, Fritz? oskarżycielskie spojrzenie Dante mówiło samo za siebie. Tupał niecierpliwie stopą obutą w puchaty kapeć, pod pachą trzymał brudną od pesto chochlę, a w ręku miał kubek z herbatą. Przypominał wściekłą matkę.
   A ty musisz od razu z oskarżeniami? Myślałem, że zaprosiłeś mnie na kolację. Mógłbyś mnie chociaż wpuścić! Ale tak, tak- proszę nie patrz tak na mnie, zaplanowałem to. Jak myślisz, czemu ni z tego, ni z owego ktoś poleciłby ci jechać północną drogą przez las? Wiedziałem, gdzie i kiedy wyrzuci chłopaka.
   Ty musisz wszystko komplikować? Dante machnął chochlą. Pesto wylądowało na czole Shinobiego.
   Muszę. Jest zabawnie. odpowiedział bardzo poważnie.
   Dante głośno wciągnął powietrze przez nos i szybko dopił herbatę. Miał dość, ale najwyraźniej spokój nie był mu pisany tego wieczoru.
   Przynajmniej w ogóle chciałeś im pomóc. Ale dlaczego ja?
   Ufam ci.
Nastała między nimi krępująca chwila ciszy.
   Słyszałeś już o... o wiesz kim, prawda? zaczął Dante, chcąc zmienić temat.
   Słyszałem. Shinobi spochmurniał i odwrócił wzrok. Ręką dotknął czerwonego szalika i zaczął miętosić miękki materiał między palcami. Oho, jeszcze większe tabu tego odcinka. Fritz rzadko tracił humor.
   Dlaczego akurat on?
   Widziałeś zdjęcia i wiesz co się stało z resztą.
   Dante pokiwał głową w zamyśleniu. To nie zapowiada nic dobrego. Wiesz co? Będę dziś wspaniałomyślny. Właź do środka. Na chwilę. Przywitasz się z Junim.


 ***


   — Więc się nie gniewasz?
   Juni był zdumiony czelnością tego człowieka, biorąc pod uwagę fakt, że przed chwilą ponownie opowiedział historię o tym, jak to zostawił dwójkę dzieci w lesie, a jak potem jedno znalazł, to przez przypadek je uśpił, myląc pierdolony środek nasenny z drugiej ręki z herbatą
   Mniej więcej mruknął Juni. Miał mieszane uczucia.
   Shinobi klasnął radośnie w dłonie. A więc jesteśmy kwita!
   Juni był wyczerpany towarzystwem Shinobiego. Ale okej, co się stało, to się nie odstanie. Całkowicie zignoruje wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch tygodni, niech tak kurwa będzie, już mu to wisi!
   Mogę zostać na kolację? a zostań se, pomyślał Juni, pesto już chyba nie spieprzysz.
   Wynocha wysyczał Dante i wycelował w niego chochlą. Zrobiłeś już swoje.
   Shinobi prychnął i obrócił się na pięcie.
   A ten ciągle łazi jak z kijem w dupie. Zupy mi żałuje.
   Pomachał przyjaźnie do Juniego i wyszedł.
   Wychylił się ostatni raz. Właśnie, może wie coś o Avie?
   Ale autko pożyczysz? zrobił szczenięcą minę do Dante. Juni przejechał dłonią po twarzy. Motocykl w naprawie, a najbliższy Burger King jest kawał drogi stąd.
   Student zamyślił się, a po chwili wywrócił oczami i westchnął ciężko. Jemu też było już wszystko jedno. 
   — Ty wiesz co? Dobra już. wycedził. Zostań na tą pieprzoną kolację. Dyniowa zupa krem i kluski. Bądź tak miły i zaparz herbatę.
Juni odsunął się w najdalszy kąt kuchni. Zrobiło się niezręcznie, ale głód był nie do zniesienia.


***


Dzień piąty
   Juni zdążył się już przyzwyczaić do mieszkania Dante. Wydarzenia z wcześniej wydawały się teraz zamglone i bez formy, jakby były z innego świata. Lubił towarzystwo psów gospodarza i podobała mu się rutyna, w której, gdy tylko Dante miał wolną chwilę, brał chłopca na spacer i oprowadzał go po okolicy, żeby ułatwić mu oswojenie się z miastem, w którym i tak zostanie na nie wiadomo jak długi okres czasu. Zapomniał nawet o szkole. Właśnie, pewnie te lamusy siedzą teraz w ławkach i znęcają się nad algebrą.
   Dzisiejszy dzień wydawał się zbyt cichy. Razem z Dante siedział we wnętrzu małej obskurnej restauracji przy stacji metra. Podczas gdy student był zajęty rozmową przez telefon, Juni ze znudzeniem wpatrywał się na przechodniów za szybą.
   Kiedy dyskusja się skończyła, chłopiec z zadowoleniem odwrócił głowę w stronę mężczyzny, który zabrał się za łapczywe pożeranie cappelletti.
   Masz dobre relacje z Shinobim i Avą? spytał w końcu. Zastanawiał się nad tym od jakiegoś czasu.
   Dante zmarszczył brwi.
   Już nie utrzymujemy kontaktów tak jak kiedyś. Drogi się rozeszły i tak dalej. Jesteśmy dorośli, mamy ważniejsze sprawy na głowie.
   To trochę smutne, nie sądzisz? stwierdził Juni. Masz poza nimi jakichś dobrych przyjaciół?
   Dante wzruszył ramionami.
   Znajomych.
   Czyli temu życie towarzyskie towarzyskie też niezbyt idzie.
   Po obiedzie, student kupił chłopcu bilet do metra i dał trochę pieniędzy. "Weź jeszcze w Żabce kup bułki". Jako że była promocja, Juni kupił wszystkie rodzaje bułek jakie zdołał znaleźć i wyszedł ze sklepu obładowany pieczywem aż po pachy. Nawet ekspedientka dała mu naklejkę z tostem. Nastolatek poczuł bardzo dziwny rodzaj dumy.
   Kiedy przechodził koło Nouvelle Vie, nawiązał wyjątkowo nieprzyjemny kontakt wzrokowy z ogromnym wilczurem. Pies zawarczał nisko, a Juni szybko odskoczył z drogi, wpadając na właściciela. Skryty pod czerwoną parasolką człowiek zaśmiał się, postawił chłopca na nogi, poprawił rękawiczki spadające z chudych palców i odszedł, nie spojrzawszy się nawet chłopcu w oczy.
   Juni wymamrotał krótkie przeprosiny i przyspieszył kroku.


***


Dzień szósty, Ryuu's timeline
   Kruki zniknęły, a ciemny ranek zmienił się w środek dnia. Ogród powoli przeistaczał się w prostą brukowaną ścieżkę, ale krzewy róż wciąż oplatały wysoki mur z obu stron drogi. Ryuu czuła się bardzo kontent z tym, że jej podróż powoli się kończy. Jeśli nie szybko się nie spotkają, będzie musiała znaleźć jakiś hostel. Włączyła telefon i modląc się o dobry zasięg poczęła szukać najtańszego noclegu w okolicy. Po ustaleniu trasy poczuła się o wiele spokojniejsza.
   Po wyjściu na bardziej zatłoczoną ulicę odetchnęła z ulgą. Miała dość dziczy na jakiś czas. Akurat gdy doszła do przystanku, zaczęło padać. Zagapiona w jasnoszare niebo, wpadła prosto na słup. Kilku przechodniów prychnęło i odwróciło głowy, ukrywając śmiech.
   Ryuu wpadła na pomysł. Wyciągnęła pogniecione zdjęcie Avy i krzywiąc się w duchu podeszła do pierwszej lepszej osoby. Rozmawianie z obcymi było niezręczne, ale ta sytuacja wymagała drastycznych środków.
   Minęło dziesięć minut. Nikt nie zwracał na nią uwagi albo szybko zbywał i mamrotał, że nikogo takiego nie zna. Rozpadało się jeszcze bardziej, a zrozpaczona Ryuu porzuciła swoje próby, usiadła na pustej ławce i zajadając kwaśnego batona dietetycznego zaczęła studiować mapkę miasta i rozkład busów. Dwudziestka się spóźniała.
   Nagle usłyszała głośne kroki i śmiechy. Zamarła.
   Mówiłem ci, że ci idioci od Strzałki nie załatwią sprawy jak należy! zagrzmiał kpiący głos.
   Zza rogu wyszła grupka ludzi. Czterech mężczyzn i dwie kobiety, wszyscy w wieczorowych strojach.
   Dziewczynka uniosła brwi. Tacy ludzie zwykle nie czekali na obskurnych przystankach.
   Plotkowali o znanych osobowościach, śmiali się z polityków i rozprawiali o ostatnich wydarzeniach, które, jak się okazało, miały drugie i bardzo nieprzyjemne dno.
   Wysoki jasnowłosy mężczyzna, Kaspar, najprawdopodobniej był liderem grupy. Miał wyprostowaną posturę przywódcy, a wysoki kołnierz garnituru i szalik nie zdołały zakryć oszpecających szram i blizn. Jedna z nich zniekształcała część jego dolnej wargi. Albo mafioso, albo wyjątkowo pechowy członek z branży zoologicznej. Według Ryuu, najbardziej przerażającą cechą tego człowieka były jego oczy, ze świecącymi białymi źrenicami i tęczówkami, które również ledwo można było odróżnić od białek.
   Grupa dyskutowała żywiołowo bez przerwy. Kilka nazwisk ciągle się powtarzało i wywoływało nieprzerwane zamieszanie.
   Nie ufajcie im. Nawet Ava musiał się z nimi użerać przez kilka miesięcy i nic dobrego z tego nie wyszło. 
   Bingo. Ryuu właśnie przypadkowo trafiła w jackpot. Choć z drugiej strony, nigdy nie myślała o pakowaniu się w tego rodzaju szajs. Miała przekichane, jeśli okazałoby się, że Ava lubi towarzystwo podejrzanych ludzi.
   Zapytać czy nie zapytać? Panika zawładnęła nad umysłem dziewczynki. Nogi miała jak z waty, a zimne światła i zniszczone szyldy opuszczonych sklepów tylko potęgowały wrażenie, że nie powinna tu być. Powoli podniosła się z ławki i skierowała się w stronę grupy. Nabrała powietrza i spytała:
   Przepraszam, że przerywam, ale chyba wspominał coś pan o Avie, Avie Knox, prawda?
   Kaspar, zdziwiony, że zagadało do niego jakieś dziecko z ulicy, zamrugał i rozejrzał się dookoła. Jeden z jego kompanów kiwnął głową z irytacją i warknął, by nie stał jak idiota i odpowiedział. Po załadowaniu informacji, na twarz Kaspara wrócił pobłażliwy uśmiech. Wyszło dość karykaturalnie. Reszta grupy pozostała cicho.
   Zgadza się. Masz do niego jakiś biznes, mały?
   W pewnym sensie można to nazwać sprawami rodzinnymi bąknęła cicho, zerkając nerwowo na pistolet w ręce chudego jegomościa stojącego koło Kaspara. Zna pan go? Wiecie, gdzie mogę go znaleźć?
   Podeszła do nich kobieta o egzotycznej urodzie, w przydużym czarnym płaszczu. Uśmiechnęła się i utkwiła błyszczące oczy w Ryuu. Dziewczynka cofnęła się. Miała stanowczo za ostre zęby jak na człowieka.
   Oczywiście, że znamy Haru! Mało kto go nie zna, znaczy się, jest dość popularny w niektórych kręgach. (Tu Ryuu mentalnie się zakrztusiła. Hipoteza była prawdziwa!) Tylko od jakiegoś czasu nie chce przychodzić na obiadki... oznajmiła. Na szczęście, jego koledzy to inna para butów.
   Ryuu mruknęła do siebie pseudonim człowieka, któremu w wielu sensach i nonsensach zawdzięczała życie. Zdała sobie sprawę, że tym razem wpakowała się po uszy. Jej reakcja najwyraźniej nie uszła niezauważona, bo kobieta uśmiechnęła się szerzej, ukazując kły. Na dźwięk aliasu blondyn stojący za wysokim jegomościem zmarszczył brwi i przejechał palcem po sztylecie. No to kurwa sami swoi się tutaj zebrali.
   Wiadomo nam jedynie o Lisiej Alei. Ava zna się na dyskrecji. stwierdził Kaspar i ukrył się pod parasolką kompana, by zapalić papierosa. W każdym razie, życzę powodzenia w poszukiwaniach. Nie zgub się!
   Dziękuję za pomoc! odparła szybko Ryuu i kiwnęła głową na pożegnanie. Pobiegła w stronę przystanku i w pośpiechu wsiadła do busa, który przed chwilą wjechał na stację. Miała nadzieję, że już nigdy więcej nie spotka tych ludzi.


***


   Pan Kaspar i jego kompani pozostali na mokrej ulicy.
   — Co pan sobie myślał?! - prychnęła zakapturzona postać do mężczyzny. Możemy mieć przez to problemy.
   — Moi drodzy zaczął spokojnie, nadal paląc papierosa. To, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy nie oznacza, że nie możemy zrobić dobrego uczynku. To było dziecko, a nie szpieg, na litość boską! zakończył nieco rozbawionym tonem i wypuścił z ręki fajkę. Szybkim ruchem ją rozdeptał i ruszył do przodu. Grupa podążyła za nim
   — W dodatku dziecko, które może wpaść w spore kłopoty dodał. Nie sądzę, by Knox miał jakikolwiek innych krewnych, w szczególności rodzeństwo. Jestem ciekawy, jak to się skończy.
Postać nadal nie wyglądała na zadowoloną.
Kaspar podrapał się po stylowo nieogolonym podbródku i z powagą spojrzał się prosto w oczy niedowiarka.
   — To nie zabawa, Lou. Masz moje słowo.


***

Hostel "Cicho Sza" okazał się przytulnym i czystym miejscem. Pomalowany na czarno wysoki budynek w kształcie prostokąta znajdujący się na rogu ulicy. We wnętrzu jak i na zewnątrz wydawał się bardzo futurystyczny, w przeciwieństwie do otaczających go dwustu i trzystuletnich kamienic.
   — Jeny, ktoś jeszcze ich używa? - Ryuu obeszła żółtą budkę telefoniczną, przyglądając się jej z zadumą. Zgaduję, że dla samego poczucia estetyki.
   Podczas dzwonienia wstrzymywała oddech, obawiając się jedynie suchego głosu sekretarki. Rozpromieniła się, gdy usłyszała zamiast niego pytający głos Juniego.
   — Zgadnij kto to! - zaśmiała się do słuchawki.
   No, nareszcie. Przez chwilę myślałem, że nie żyjesz. Gdzie jesteś? — głos chłopaka był nerwowy i oschły, ale dziewczynka wyczuła w nim uśmiech. Jej nogi wydawały się teraz lekkie jak powietrze.
   — W Rhein, dzwonię z budki koło hostelu. Podaj ulicę i adres, postaram się zjawić jak najszybciej.
   Blausteina 57, Serpenta, klatka c, drzwi numer dziesięć.
   Ryuu wpisała dane w telefon. Wyniki jej nie zadowoliły.
   — Słuchaj, krewniak, to jest kawał drogi stąd. Pojadę z rana, jak na razie jeszcze prześpię nockę tu, okej?
   — Mhm.
   — Mhm — przedrzeźniła kuzyna. — Spotkamy się jutro.


***


Dzień siódmy 
   Dzisiaj Dante nie wyglądał za dobrze. Mało mówił, snuł się po domu niczym cień, a tuż po obiedzie Juni znalazł go, jak haftował do sedesu.
   — Masz tak od rana. Wezwać karetkę? - spytał, gdy udało mu się zaciągnąć mężczyznę na kanapę.
   — Tak — zaczął. — Znaczy nie! — otarł twarz chusteczką i dysząc cicho przykrył się kocem. — Znam te objawy. Stres, przeziębienie i te sprawy.
   — Podać ci leki albo nalać wody czy coś? — chłopiec zerknął z niepokojem na termometr wskazujący czterdzieści stopni gorączki.
   — Nie musisz, naprawdę — odparł słabo student. — Już przez to przechodziłem, a ty dla własnego bezpieczeństwa weź rzeczy i uciekaj.
   — Co proszę? 
   — Bierz rzeczy i uciekaj! ...To Śnieżynka. — wysyczał. — No już! Zadzwonię, gdy to się skończy.
   Nie wyglądał, jakby żartował. Ale co to za choroba? Juni nigdy o takiej nie słyszał. Mimo to, chłopiec niechętnie posłuchał rady gospodarza i już miał wyjść na korytarz, gdy usłyszał warczenie i przeciągły jęk. Odwrócił się w stronę drzwi do salonu. Zawahał się na moment, a następnie wyciągnął palce w stronę klamki. Drzwi otworzyły się za niego.
   — Dante? — zapytał cicho, lekko drżącym głosem.
   Zarys postaci pod kocem poruszył się i zawył. Materiał przykrycia lekko się odchylił, a chłopiec odskoczył z przerażeniem.
   To już nie był Dante.
   Śnieżynka otworzyła świecące oczy i wyszczerzyła zęby.
  W mieszkaniu zrobiło się nieznośnie zimno. Wszystkie okna i drzwi zatrzasnęły się nagle, uniemożliwiając Juniemu drogę ucieczki. Śnieżynka zaczęła się bardzo powoli zbliżać. Syczała i prychała nie poruszając ustami. Dyszała ciężko, z jej buzi toczył się biały dym i popiół, a skwierczące ramiona pokryte czarną jak noc zwęgloną skórą unosiły się i opadały. Juni dobiegł szybko do wyjścia i zaczął szarpać klamką, ale ta ani drgnęła.
   Mróz przybrał na sile. Każdy mebel, którego dotknął potwór, pokrył szron i lód.


***


   Dojazd taksówką trwał dokładnie dwadzieścia pięć minut. Dwadzieścia pięć minut zupełnie wystarczyło Ryuu do skonsumowania dwóch ryżowych jogurtów waniliowych, bagietki z sezamem i paczuszki z sushi, które dostała w hostelowym bufecie prawie za darmo dzięki legitymacji szkolnej. 
   Najedzona i zadowolona wysiadła z auta, zostawiając wcześniej trochę napiwku. Nie była pewna, czy ciemna plama na boku fotela nie była przypadkiem pozostałością po sosie sojowym.
   Ulica Blausteina znajdowała się blisko dzielnicy handlowej i była otoczona mnóstwem barów. Samo osiedle i domy upchnięte były ciasno koło siebie, równolegle do innych kamienic i restauracji, a prostopadle do rywalizującego osiedla na ulicy Niebieskiej.
   Wchodząc po klatce schodowej, potrąciła coś nogą. Coś metalowego i połyskującego sturlało się po stopniach.
   — O, łom. — W tamtej chwili Ryuu nie przypuszczała, że metalowy kij może odmienić życie. Nadal posiadając dziecięcy instynkt zbierania patyków, podniosła przedmiot.
   — Od teraz, Długi Dżonsonie, będziesz mi służył!
 Jej uwagę odwrócił krzyk Juniego.


***


   Potwór czołgał się wolno i niezgrabnie, ale w równym tempie.
   Juni zaczął desperacko kopać drzwi, które puściły dopiero za piątym razem. Wszystko zamarzało. Wpadł do przedpokoju, a Śnieżynka, która z sekundy na sekundę nabierała coraz więcej wprawy w poruszaniu się, podążyła za nim, rzężąc. Na chwilę zatrzymała się, ponownie wbiła spojrzenie w chłopca, a następnie skoczyła na niego, wpijając cienkie jak igły pazury w jego skórę.
   W tej samej chwili do mieszkania wpadła Ryuu i z impetem rzuciła łomem w Śnieżynkę. Och, Juniemu zupełnie wypadło z głowy, że przyjdzie.
   Potwór odskoczył od chłopca i złapał się za głowę, wyjąc wściekle. Najwyraźniej nie był odporny na ból. Uderzenie w potylicę go nie ogłuszyło. Skulony leżał i wiercił się, ale jasne ślepia wgapiały się wściekle na dzieci. Ryuu z powrotem podniosła łom, nie chcąc tracić pożytecznej broni. Oboje wypadli na klatkę schodową i schowali się za drzwiami kolejnego korytarza.
   — Co to kurwa jest?! — spytała skonfundowana Ryuu.
   Jej kuzyn nie odpowiedział, ale wskazał na komodę i krzesła. - Musimy zablokować mu przejście. Tędy przejdziemy schodami pożarowymi. — wskazał na masywne drzwi na wprost.
   Dziewczynka kiwnęła głową i pospiesznie zaczęła ustawiać meble. Doskonale słyszała powolne czołganie Śnieżynki. Szukała ich.
   — Masz jakąś sól? — spytała Juniego.
   — Wątpię, że sól pomoże. — mruknął.
   Kilka minut ciszy przerwał odgłos tłuczonego szkła. Szybka w drzwiach za nimi pękła, ukazując twarz wściekłej zjawy. Temperatura w korytarzu drastycznie spadła. Zmora rzucała się przeraźliwie i piszczała, próbując dosięgnąć dzieci. Mebel nie przytrzyma jej na dobre.
   Ryuu popchnęła kuzyna do drzwi.
   — Otwórz je! — wrzasnęła szybko, ślizgając się po pokrytej lodem podłodze.
   — Nie mogę! — odkrzyknął spanikowany Juni. — Są zatrzaśnię- zamrożone! Sam już kurwa nie wiem. Wiem tyle, że nie mogę ich otworzyć!
   Dziewczynka podała mu szybko łom, a sama podniosła krzesło i rzuciła nim w Śnieżynkę. Ponownie nie ogłuszyła potwora, ale bardzo go rozjuszyła. Ręka zjawy wystrzeliła z okienka do przodu i złapała Ryuu za szyję. Dziewczynka zaczęła się dusić i szarpać z bestią, której pazury wbiły się głęboko w jej lewe ramię. Poczuła palący ból.
   Gdy wyswobodziła się z uścisku, upadła na ziemię i szybko zwinęła się w kłębek. Usta rozdziawiła w niemym krzyku.
   Juni cudem powstrzymał się od zwymiotowania, gdy usłyszał skwierczenie i poczuł zapach palonego ludzkiego mięsa. Skorzystał z kupionych kilku minut i powlókł kuzynkę przez korytarz do wyjścia. Ryuu stękała i chlipała za każdym razem, gdy jej ramię ocierało się o ścianę.
   — Cii, wytrzymaj jeszcze chwilę, dobrze? Wiem, że boli, ale nie możemy zwrócić na siebie uwagi jeszcze bardziej. Wdech i wydech, pamiętasz? Wdech i wydech, Ryuu, powtarzaj za mną. — uspokajał ją.
   — Ślina, jad i krew opętanych i wendigo zabrana bez zgody lub przelana w akcie agresji działa jak trująca klątwa. Oddana dobrowolnie stanowi lekarstwo. — z plecaka Ryuu wygrzebał się Mika. — Wybaczcie moją wcześniejszą absencję. Zamek zaciął się od środka, a materiał tłumi jakikolwiek dźwięk. Umiejętność mowy tylko w kociej postaci jest uciążliwa.
   Schowali się za pudłami na klatce schodowej. Juni sięgnął po apteczkę, a Mika pomógł Ryuu wygodnie usiąść. Chłopiec szybko zabrał się za oczyszczanie rany kuzynki. Coś wciąż syczało, a z cięcia wyciekała czarna krew, która zdążyła już zabarwić najbliższe żyły widoczne na bladej skórze.
   — I jak? Jak to wygląda? - wychrypiała Ryuu, z paniką wyczuwalną w głosie. Głowę miała odwróconą.
   — Schudłaś trochę i zbladłaś. Wyglądasz, jakby coś cię przejechało. I pliz, zakryj tą szopę na głowie.
   — Też jesteś śliczny — odparła sucho. — Jak rana?
   — Źle. Jak na razie nic z tym nie zrobimy. Wytrzymasz?
   Ryuu kiwnęła głową. Mika ponownie zmienił się w człowieka i przytrzymał dziewczynkę, gdy spróbowała wstać.
   — Chodźmy stąd - wymruczała. — Nie chcę tu zostać ani minuty dłużej. Mamy już nocleg. Wynajęłam niedaleko pokój.


***


   Mieszkanie było w ruinie. Lydia westchnęła, spoglądając na leżącą na dywanie postać. Był słabszy niż zwykle. O wiele słabszy.
   — Biedaku, czyżbyś zapomniał wziąć lekarstwa?
   — ...Dia? — wycharczał Dante. Połowa jego twarzy wciąż była zwęglona, a ręce i nogi pokrywała gruba warstwa szronu i popiołu. Wyciągnął rękę w stronę kobiety, która się jedynie uśmiechnęła.
   — Ach, co ja gadam! Ty byś w życiu nie zapomniał ich wziąć, nie, nie, za bardzo cenisz sobie systematyczność. Czemu mnie nie uprzedziłeś, że się skończyły? - zacmokała, kręcąc głową.
   Student wyjęczał coś niezrozumiałego. Lydia przykryła mężczyznę płaszczem i oparła go o ścianę.
   — Będziemy się zbierać. Narobiłeś sporo bałaganu, a Dimitri i Shiro już czekają.
   Pstryknęła palcami. Oboje zniknęli w chmurze lodu i mgły.


***

W hostelu
   — Juni, też złapałeś gaspa? To jak zsynchronizowany okres! — ucieszyła się Ryuu i poklepała chłopca po plecach. — Najs! I wielkie propsy za timing.
   — Od kiedy ty też? — Juni zmarszczył brwi. Ryuu jak na razie nie zrobiła nic specjalnie magicznego albo wybuchowego. Oczywiście, zdarzyło jej się kiedyś podpalić zasłony podczas zabawy ze świeczką zapachową, która nawet nie była zapalona, ale wydarzenie było jednorazowe. Oboje wracali do tego wspomnienia z uśmiechem na twarzy.
   — To przecież się pojawia w tym wieku - wzruszyła ramionami. - Po prosu coś mi jeszcze w środku nie pykło i dlatego niczego nie rozwaliłam. Ale zmieńmy temat. Gdzie był ten cały Dante, gdy to coś próbowało nas zabić?
   Juni nie odpowiedział i spuścił wzrok.
   — Jaja sobie robisz! To on był tym czymś? — Ryuu uniosła brwi. W niezły szajs się wpakowali.
   Pokręcił głową.
   — Dante jest w porządku! To, że nas zaatakował, to częściowo moja wina. Kazał mi uciekać, na początku nie posłuchałem, ale gdy chciałem zwiać, było już za późno.
   — Co nie zmienia faktu, że gość mógł chociaż wspomnieć o swojej dolegliwości trochę wcześniej. — stwierdziła. — A teraz, wybacz mi, ale muszę trochę poleżeć. — Plasnęła na łóżko obok. Przycisnęła błyszczący łom do piersi z obawy, że coś znowu na nich wyskoczy.
   — Wspominałeś wcześniej, że Dante ma numer Harue.
   — Ma. Ale obawiam się, że później będziemy musieli tam wrócić i skorzystać z jego pomocy. Ava nigdy nie odbiera.
   Dziewczynka z frustracji uderzyła głową w ramę mebla i jęknęła.
   — Ryuu, wszystko w porządku?
   — Czuję się o wiele lepiej, to ty jakoś mizerniejesz — odwróciła się i przejechała dłonią po twarzy kuzyna. — Masz gorące czoło i policzki, tak serio bardzo.
   — Serio bardzo?
   — Aha - potwierdziła. - Bardzo serio bardzo.


***


   Dzisiejszego wieczoru, przy stole zasiadło kilku nowych gości, których Fritz nie miał jeszcze przyjemności poznać. Dwóch młodzieńców i dziewczyna. Szczerze wątpił, że byli pełnoletni. Mężczyzna z zadowoleniem zauważył, że każdy z regularnych gości, oprócz jednego, był obecny. Rozpoznał podejrzanie wyglądające małżeństwo Griffin z córkami i synem, Reinera, Taru i Zachariasza rechoczących w kącie, Bianchiego, Aishę, Lydię, Dimitriego, którego znudzenie było wprost proporcjonalne do jego wzrostu, Biancę Shiro oraz Księżyc, jak przedstawił się na zeszłym spotkaniu młody i chuderlawy dżentelmen z ogromnym świecącym globem zamiast głowy, na którym można było dostrzec delikatny wyraz stoickiej, ale zadowolonej z siebie twarzy. Nie miał zielonego pojęcia, czy to cosplay, czy ten człowiek już się tak urodził.
   Gwoździem programu była również wiecznie naburmuszona zakapturzona postać, która rzucała w Bianchiego sztyletami za każdym razem, kiedy palnął coś, czego nie powinien.
   — Pamiętajcie, panie i panowie, dzisiaj neutralnie! — Zaczął uroczyście Hugo Griffin i uniósł kieliszek. Jego żona, Ginnie Blair, oraz reszta gości powtórzyła tą czynność z cichym „na zdrowie”, a następnie brzęknęli kieliszkami wylewając część alkoholu na drogi obrus. Przechodzący obok kelner wywrócił oczami.
   — Za nowy start!
   Pan Zachariasz i Kaspar Bianchi, obaj ubrani w eleganckie fraki, uśmiechnęli się do siebie i zatarli ręce. Zapowiadał się dla nich ciekawy wieczór, co dla innych gości i mieszkańców zapowiadało zapowiedź rychłej katastrofy.
   — Miło, że przyszedłeś. Przy okazji, nie musiałeś mi kraść uwagi. Przez ostatnie dwadzieścia lat tyle się namachałeś, powinno ci już wystarczyć. — odezwał Zachariasz do Hugo.
   — Daleko mi jeszcze do emerytury, Dean – Hugo wywrócił oczami.
   — Z twoją pracą, to jesteś już jedną nogą w grobie, compadre.
   Oboje zaśmiali się głośno, a przez kilka następnych minut panowała komfortowa dla wszystkich cisza.
   — Lyuda- — zaczął Bianchi.
   — Lydia — poprawiła go sucho blondynka w prostej białej sukience i pokaźnym futrze, które mocno kontrastowało z jej chudym, ale wysokim ciałem. Prawdziwa królowa śniegu.
   — Więc, Lyuda, jak się ma sprawa w górach? Przeżyli? Udało się wam poradzić z Leszkiem?
Lydii drgnęła powieka. Nie odpowiedziała.
   — Bianchi — upomniała go szybko Aisha i dyskretnie nadepnęła mu obcasem na stopę. Miała rację. Nie byli sami w lokalu.
   Shinobi wpatrzył się w dno swojej szklanki, starając się ignorować otaczający go gwar.
   — Co żeś tak przycichł, Fritz? — zarechotał Kaspar. Aisha i Shinobi jednocześnie wywrócili oczami. Oczywiście, że facet się nie zamknie. Fritz go prostu nie znosił.
   Pierdol się, Bianchi, pierdol się.
   — Zamyśliłem się, każdemu się zdarza — odparł krótko i wrócił do oglądania swojej szklanki. Pod stołem zaciskał spocone dłonie. W żadnym wypadku nie miał ochoty tu być.
   — Dobrze się czujesz? — spytała Ginnie Blair. Po jej tonie i błysku w oczach zorientował się, że lepiej będzie, gdy zaprzeczy. Ginnie Blair Raven była wybitnym lekarzem. Niestety, miała jedną poważną wadę - nie mogła pozbyć się pociągu do eksperymentowania na pacjentach.
   — Jestem tylko trochę zmęczony. Ostatnio źle spałem. — tym razem nie kłamał.
   — Co u Avy? - zmienił temat Bianchi. Fritz wzdrygnął się. — Znaleźliście go? Zyje? Nadal mieszka na Lisiej?
   Shinobi milczał.
   — Nam możesz powiedzieć, panie Shinobi - uśmiechnął się leniwie Reiner i poprawił okulary. Zawsze bardzo szybko zjeżdżały mu na czubek nosa.
   Gdyby Shinobi, Fritz dokładniej mówiąc, nie znał tego człowieka od wielu lat i nie miał do niego szacunku, zapewne nazwał by go świrem. Kolekcjoner nawiedzonych przedmiotów, jeden z najlepszych atmokinetyków i opinokinetyków* w państwie, psychoterapeuta na pół etatu, oraz nauczyciel w szkole średniej w jednym, bo pewnie życie go niedostatecznie skrzywdziło i sam chce się dobić sprawdzaniem prac domowych.
   Prychnął pod nosem, nieco rozbawiony. Nie przywykł do bycia zirytowanym przez szarą eminencję spotkań.
   — Wyliże się. I od kiedy to tak się interesujesz jego życiem, co? Tak czy inaczej, wiem, że niedługo będzie miał sporo do roboty. - Shinobi robił wszystko, by zachować swój nonszalancki uśmiech. Nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać z tymi ludźmi o tym człowieku, szczególnie przy widowni. Reiner przecież wiedział, że to dla niego delikatna sprawa! Chciał wrzeszczeć na całe gardło, gdy spojrzenia jeszcze bardziej zaciekawionych zgromadzonych wbiły się w niego jak gwoździe do trumny. I o to leży moja kariera jako szpieg, kurwa twoja mać, Bianchi, trzymaj ryj na kłódkę chodź raz!
   — Co masz na myśli? - spytała z zaciekawieniem Taru.
   — Cóż, em, ha, kłopoty z byłymi mentorami kobieta zmarszczyła brwi. Towarzystwo przycichło. Plus jeden lub dwa inne problemy, znacznie prywatniejsze.
   Spojrzał się wściekle na Kaspara, który chyba okiełznał swą nadmierną ciekawość, bo tylko kiwnął głową i machnął dyskretnie dłonią, co w przybliżeniu znaczyło "Niech ci będzie, nic nie zrobię i nie będę się mieszał". Shinobi z ulgi zapadł się w krzesło.
   Dopiero gdy butelka whiskey została doszczętnie opróżniona, Shinobi poczuł się nieco lżej.
   — Muszę usprawiedliwić Dante. Chłopak ostatnio niedobrze się czuje. Jestem częściowo winna za jego nieobecność - wtrąciła nagle Lydia.
   — Ten twój pies gończy?
   — Klątwa musiała się ostatnio pogorszyć. Bardzo. On już zupełnie nad tym nie panuje. kobieta zacisnęła wargi w cienką linię i spuściła wzrok.
   Shinobi poczuł zimny pot na karku. 
   Juni.

 
***


*GASP jest często spotykanym zjawiskiem wśród nastolatków i młodych dorosłych. Dojrzewanie z grubsza zalicza się pod traumę.
*Atmokinesis - manipulacja pogodą
*Opinokinesis - manipulacja swoimi zmysłami oraz innych


i lived bitch

Komentarze

  1. No nieźle. Jakie to musi być frustrujące dla głównych bohaterów, że wszyscy ich szpiegują a sami ledwo ogarniają sytuację, świetny rozdział 😃

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ahh, dzięki! Strasznie się cieszę, że komuś się to opko podoba :>

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 13 |Arc4|

Rozdział 1 |Arc1|

Rozdział 14 |Arc4